poniedziałek, 11 lutego 2013

54. Toksyczny związek

*3 miesiące później*

*Vicky*

- Nialler pośpiesz się! Jest już 14:00! Musimy jeszcze kupić prezent, alkohol i jakieś jedzenie na imprezę, a ty najspokojniej w świecie jesz! - krzyczę do blond chłopaka siedzącego przy kuchennym stole. Podnosi na mnie wzrok znad swojej kanapki, a jago wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu.
- Spokojnie, zdążymy ze wszystkim. Chociaż byłoby o wiele łatwiej gdybyś wcześniej nie zamknęła się na ponad dwie godziny w łazience! - woła żartobliwym tonem po czym niechętnie podnosi się od stołu.
- No wiesz, przecież muszę jakoś wyglądać na urodzinach przyjaciela! Bóg wie ile on osób zaprosił, znając jego układy towarzyskie... - odpowiadam z lekkim oburzeniem równocześnie kierując się w stronę samochodu. Szybko wsuwam się na siedzenie pasażera co Irlandczyk kwituje zdziwionym spojrzeniem.
- Przecież nie mogę prowadzić w tych butach! Po pierwsze nie wyczuwam dokładnie pedałów, a po drugie zedrze mi się zamszyk - mówię to takim tonem, jakby ten argument przeważył sprawę.
- Ale ja jadę na imprezę między innymi po to żeby się napić - sprzeciwia się niebieskooki, dosadnie akcentując słowo "napić".
- A ja to już nie mogę się napić? - pytam mierząc go rozbawionym tonem.
- No... Możesz... Ale... Ty wypijesz mniej! Więc szybciej wytrzeźwiejesz, czyli to ty nas odwieziesz do domu! - odpowiada z wyraźnym zadowoleniem na twarzy, że udało mu się jakoś wybrnąć z sytuacji. Zanim zdążę zaprotestować chłopak biegnie z powrotem do domu.
Po chwili wraca z szerokim uśmiechem na twarzy w dłoni trzymając moje miętowe trampki.
- To po to, żeby ci się szpilki nie zdarły i żebyś bez problemu mogła wyczuć pedały - tłumaczy. Odbieram je z niezadowoleniem i przesiadam się na fotel kierowcy.
- To dokąd jedziemy? - pytam uruchamiając silnik pojazdu.
- Galeria? Kupimy tam prezent, a jest też Tesco więc można od razu kupić potrzebne produkty do przygotowania jedzenia i alkohol - proponuje Niall. Kiwam głową na znak zrozumienia i ruszam z podjazdu.
Do centrum docieramy po jakiś 30 minutach jazdy. Szybko przebieram wygodne, wręcz idealne do chodzenia po sklepach trampki na mniej stabilne obuwie, jakim są szpilki, przez co słyszę cichy wybuch śmiechu mojego towarzysza, ale dzielnie go ignoruję i dumnym krokiem wchodzę do jednego budynku łączącego setki sklepów.
- Myślałem, żeby kupić mu na Xboxa Fifę 2013, albo jakąś płytę, co o tym myślisz? - pyta Niall, gdy w końcu udaje mu się wyrównać ze mną krok.
- Ja myślałam o jakiś perfumach i też grze, więc możemy połączyć twoją Fifę z moimi perfumami - stwierdzam ze wzruszeniem ramion.
- W takim razie pierwszy sklep to komputerowy - decyduje z wesołym błyskiem w oczach.
- Długo jeszcze? Mieliśmy przyjść tylko po jedną grę! - wołam z jękiem po 30 minutach spędzonych w jednym i tym samym sklepie.
- Co? Już, już... - odpowiada niezbyt świadomie blondyn z głową utkwioną pomiędzy półkami z wyścigami i jakimiś strzelankami.
- Rób co chcesz, ja wychodzę. Jakbyś jednak miał zamiar dzisiaj stąd wyjść to jestem w drogerii na przeciwko - mówię znudzonym głosem, po czym pospiesznie wychodzę ze sklepu.
- Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc? - pyta mnie miłym głosem brązowowłosy chłopak z obsługi. Na oko wygląda na 22 lata, więc pewnie dorabia w czasie wolnym od studiów, zakładając, że na takowe się udał.
- Szukam perfum dla przyjaciela na urodziny, mógłbyś mi jakieś polecić? - odpowiadam, zadowolona, że w końcu ktoś się mną zainteresował.
- Hm.. Mamy teraz promocję na zestawy, no wiesz dezodorant, perfumy i żel pod prysznic, strasznie się opłaca. Poczekaj - mówi rozglądając się po półce z różnymi pudełkami i buteleczkami. W końcu bierze do ręki flakonik o czekoladowym zabarwieniu. - Co powiesz o tych?
Szybko odpycham od siebie jego rękę ze źródłem zapachu.
- Są zbyt słodkie - stwierdzam krzywiąc się,  na co chłopak wybucha wesołym śmiechem.
- Tak w ogóle to mam na imię Patrick, a ty? - pyta podając mi kolejny zapach.
- Vicky, a te perfumy śmierdzą - odpowiadam, przez co brunet ponownie wybucha śmiechem. Na szczycie półki dostrzegam śliczny turkusowy flakonik po który od razu wyciągam ręce. Niestety przedmiot znajduje się poza zasięgiem moich dłoni. Staję na palcach i ze wszystkich sił staram się go dosięgnąć, mimo że rozciągnęłam już swoje ciało na całą możliwą długość wciąż brakuje mi kilku centymetrów. Patrick przygląda się mojej nieudanej próbie ze śmiechem.
- Może byś mi pomógł? - mówię ze złością do nowo poznanego. Chłopak delikatnie mnie odsuwa i podaje mi butelkę. Jednak nie udaje mi się jej odebrać...
- Panu już podziękujemy! - woła Niall ze złością wyrywając mu flakonik. - Prawda kochanie? - dodaje, podkreślając słowo "kochanie" i całując mój policzek.
- Chciałem tylko pomóc... - odpowiada chłodnym tonem Patrick.
- W porządku. Mógłbyś nam to jakoś fajnie zapakować? Albo tak jak mówiłeś znalazłbyś jakiś zestaw? - staram się załagodzić sytuację.
- Poczekaj chwilę... Znaczy poczekajcie - poprawia się niechętnie chłopak po czym kieruje się na zaplecze sklepu.
- Co to miało być?! - naskakuje na mnie blondyn.
- O co ci chodzi? Przecież cię prosiłam, żebyśmy już poszli z tego sklepu, to mnie olałeś! Chciałam tylko szybciej skończyć zakupy więc kiedy ty stałeś i gapiłeś się na gry, ja przyszłam tutaj, żeby kupić pozostałą część prezentu - odpowiadam przewracając oczami.
- Ten chłopak cię podrywał! - syczy Niall w moją stronę, podejrzliwie mrużąc oczy.
- Nie bądź śmieszny! Chciał być miły - stwierdzam lekceważąco.
- To niech idzie być miłym gdzie indziej - mruczy pod nosem, równocześnie obejmując mnie w talii. - Mogłabyś już nigdzie nie chodzić beze mnie? - dodaje już głośniej.
- Mogłabym...
- Mam! - woła Patrick ponownie do nas podchodząc i podając mi prostokątny pakunek.
- Jesteś wielki! Dziękuję, to... cześć - dodaję z uśmiechem po czym kierujemy się w stronę kas.
- Do zobaczenia Vicky! - woła za mną Patrick na co Irlandczyk zaciska szczęki, ale nic nie mówi.
Piętnaście minut później jeździmy do połowy wypełnionym wózkiem między różnymi półkami z żywnością.
- Chodźmy jeszcze po słodycze! - krzyczy z radością Niall.
- Raczej na warzywa, muszę kupić seler - poprawiam go ze śmiechem.
- Seler? - powtarza z przerażeniem.
- Czytałam fajny przepis w gazecie na sałatkę selerową - tłumaczę na co niebieskooki wzrusza ramionami i zawraca wózek.
- Jesteś pewna, że potrzebujemy tego aż tyle? - pyta Horan, a jego oczy robią się coraz większe ze zdziwienia przy każdym kolejnym warzywie włożonym do koszyka. - Miała być sałatka, a nie obiad dla sztabu wojska...
- W przepisie wyraźnie pisało kilogram selera! - usilnie bronię swoich racji. - Podaj mi jeszcze ten co masz pod lewą ręką - dodaję na co niebieskooki podnosi dłonie w geście poddania.
- Lepiej chodźmy już do kasy - stwierdzam spoglądając na nasze zakupy.

*Amy*

Dzwonek do drzwi przerywa pierwsze przygotowania do imprezy. Jednak nie śpieszę się by otworzyć, w końcu to nie mój dom.
- Jack ktoś przyszedł! - ponaglam kuzyna, gdy rozlega się drugi dzwonek. Wzdycham i niechętnie kieruję się do drzwi cały czas rozglądając się za brązową czupryną Jacka. Ciągnę za klamkę i przed sobą dostrzegam Nialla z Vicky.
- Cześć, impreza zaczyna się dopiero za dwie godziny z tego co wiem - stwierdzam ze zdziwieniem na ich widok.
- Przyszliśmy pomóc - odpowiada z szerokim uśmiechem Vick.
- Gdzie solenizant? - dodaje blondyn, zaglądając mi przez ramie w głąb domu.
- Zniknął gdzieś na piętrze z Jamesem. Chyba poszli przetestować jakieś nowe procenty... - mówię za wzruszeniem ramion robiąc im miejsce by mogli wejść do środka.
- W takim razie pozwólcie, że was zostawię same... - mówi Niall z szelmowskim uśmiechem, a po chwili wbiega po schodach z okrzykiem "Chłopaki zaczekajcie na mnie!".
- Gdzie Zayn? - pyta Vicky wypakowując zakupy na blat mebli w kuchni.
- Powiedział, że przyjedzie później razem z całą brygadą... Po co ci tyle selera?! - wołam ze zdziwieniem przyglądając się coraz większemu stosowi warzyw.
- No bo... ee... czytałam przepis na sałatkę selerową... Wyglądał fajnie... I no wiesz... chciałam ją zrobić... - w końcu udaje się jej wydukać. Marszczę brwi.
- W jakich jednostkach miałaś podane? W kilogramach, gramach czy dekagramach?
- Pisało sto gram, czyli jeden kilogram - odpowiada z takim zadowoleniem, jakby obliczyła wyjątkowo trudne zadanie matematyczne.
- Głuptasie! - wołam ze śmiechem. - Sto gram to dziesięć dekagramów, a nie kilogram!
- Serio? - pyta z przerażeniem w oczach. - To dlatego ludzie patrzyli na mnie w sklepie jak na wariatkę! - dodaje uderzając się otwartą dłonią w czoło. - Debil, no debil.
- Teraz już wiem, czemu to zawsze James gotuje, a nie ty! Bo nie umiesz sobie składników obliczyć - mówię zanosząc się śmiechem.
- Czy ktoś wypowiedział moje szlachetne imię? - dobiega mnie zza moich pleców. Obracam się i moja twarz znajduje się na wprost twarzy Jamesa. Pospiesznie się odsuwam.
- Mówiłam tylko, że wiem już czemu to ty gotujesz u was w domu, bo Vicky nie potrafi liczyć - powtarzam, na co moja przyjaciółka rzuca mi spojrzenie od którego z pewnością bym zginęła gdyby to było możliwe.
- A już myślałem, że powiesz, że jestem najlepszym kucharzem na świecie - stwierdza Black z udawanym załamaniem. - No nic, wracam się pocieszać na górę. Jakby ktoś przyszedł to nas zawołajcie, okej?
- Okej, okej. A teraz leć zanim wypiją twoją kolejkę - stwierdza Vicky delikatnie popychając go w stronę wyjścia.
- Wiesz, to już się chyba wypaliło... - zaczynam.
- Co się wypaliło - pyta moja przyjaciółka tempo rozglądając się po kuchni, co wywołuje u mnie cichy chichot. Jednak szybko się opanowuję.
- No mój związek z Zaynem...
- Znowu do tego wracasz? Kilka miesięcy temu też tak mówiłaś, a potem szaleliście jak najwięksi zakochańcy - odpowiada lekceważąco.
- Ale teraz to chyba tak naprawdę... Bo ja mam tego dość. On traktuje mnie jakbym hm... była jego własnością! - kończę trochę głośniej niż planowałam, a mój oddech staje się ciężki jak po kilometrowym biegu.
- W jakim sensie? Bije cię? - Black mierzy mnie uważnym spojrzeniem, chwilowo przestając rozlewać wódkę do szklanek przygotowanych na drinki.
- Zwariowałaś?! Nigdy nie podniósł na mnie ręki, tylko... Jakby to wytłumaczyć... Według niego najlepiej byłoby gdybym nie rozmawia z nikim inny kto nie jest mojej płci - tłumaczę patrząc w swoje dłonie. - A ja tak nie potrafię - dodaję żałosnym tonem. Bloom, opanuj się, nie wolno ci teraz płakać!
- Powiedz mu to tak jak powiedziałaś to mnie, pogadaj z nim. Kurde no nie może uważać cię za swoją rzecz! - woła oburzonym tonem Victoria.
- Ale ja już próbowałam... Każda taka rozmowa kończy się zdaniem: "Po prostu powiedz, że wolałabyś być z Jamesem, a nie ze mną!" ewentualnie: "To znajdź sobie innego chłopaka!". A w najlepsze opcji wyjdzie z domu trzaskając z drzwiami, a gdy wróci to zachowuje się tak jakby nic się nie stało - z każdym kolejnym słowem czuję jak coraz bliższe są wydostania łzy.
- Tak być nie może. Ty wykończysz się przy tym chłopaku psychicznie! Musisz się postawić, albo mu wytłumaczysz, albo zakończysz ten toksyczny związek - stwierdza Vicky pocierając dłonią czoło, jedną z wielu oznak bezradności u człowieka.
- Zrobię to jutro, nie chcę psuć urodzin Jacka - odpowiadam i próbuję wykrzywić moje wargi w kształt uśmiechu, ale zamiast tego wychodzi mi jakiś grymas na który moja przyjaciółka wybucha śmiechem, a po chwili przytula mnie do swojego ciała.
- Chciałam tylko powiedzieć, że pięknie dziś wyglądasz... Fajną masz sukienkę, a to jak się uczesałaś to już w ogóle graniczy z cudem - próbuje mnie pocieszyć, ale fryzura faktycznie mi się udała. Nagle rozbrzmiewa po raz wtórny tego dnia dzwonek do drzwi.
- Idź po chłopaków, a ja otworzę - rzuca w moją stronę Black wychodząc z kuchni. Biorę głęboki oddech próbując się opanować, naklejam na twarz uśmiech i wbiegam po schodach na piętro.

*Zayn*

- Lou, jedź szybciej! Już dawno zaczęła się impreza! - poganiam pasiastego, który odpowiada mi szerokim uśmiechem.
 Tak naprawdę to nie obchodzą mnie te całe urodziny, nie chcę by Amy była zbyt długo z Jamesem. Nie wiadomo co temu debilowi znowu strzeli do głowy. Jakby nie mógł zrozumieć, że wygrał lepszy... Uśmiecham się pod nosem na to stwierdzenie.
- ... Zayn... - dźwięk mojego imienia wyrywa mnie z własnych myśli.
- Ktoś coś chciał? - pytam spoglądając na tylne siedzenie.
- Właśnie zakładaliśmy się z Louisem kto ile wypije i obaj obstawiamy, że to ty wypijesz najwięcej - pospieszył z wyjaśnieniami Harry. Zmierzyłem go rozbawionym spojrzeniem, jednak jakikolwiek komentarz pozostawiłem dla siebie.
Jakieś dziesięć minut później stoimy w holu mieszkania ojca Jacka i wręczamy mu grupowy prezent, muzyka jest tak głośna, że nie zdziwi mnie widok dwóch policjantów w drzwiach oznajmujących nam, że sąsiedzi się skarżą na hałasy. Przez drzwi kuchni dostrzegam na stole dosyć sporą kupkę pozostałych prezentów, co oznacza, że wszyscy już swoje wręczyli oprócz nas. Nucimy mu na szybko melodię "Happy Birthday", a Turner udaje, że się w ogóle nie spodziewał.
- Chodźcie do salonu, wszyscy już są. Zayn z chęcią zaproponowałbym ci stanowisko DJ'a, ale niestety James już się tam ulokował - mówi Jack z wesołym uśmiechem.
- Spoko i tak nie mam na to dzisiaj ochoty. Potańczę z Amy, wypiję kilka drinków - odpowiadam szczerze zadowolony, że ten bałwan nie będzie mi wchodził w paradę.
- To ja was zostawiam, przywitajcie się z kim macie się przywitać i bawcie się dobrze! - woła solenizant starając się zagłuszyć muzykę, a po chwili znika w drzwiach prowadzących do salonu. Bierzemy z niego przykład i przechodzimy przez próg. Na widok masy ludzi, która się w nim znajduje chwilo przystajemy. Czuję jak Harry gwałtownie wciąga powietrze, a może tylko sobie to wyobraziłem? W każdym razie przed nami bawi się jakieś pięćdziesiąt ludzi. Skromna impreza, nie ma co.
Wśród tej plątaniny ludzkich ciał dostrzegam blond czuprynę Nialla, a obok niego dwie dziewczyny. Jedna zapatrzona w niego jak w obrazek z szerokim uśmiechem, a druga próbująca dorównać jej z radością, jednak coś w jej oczach mówi mi, że wcale nie jest szczęśliwa.
- Co trapi to grafitowe spojrzenie? - pytam kładąc dłonie na jej tali i przyciskam jej ciało do siebie tak bym mógł złożyć delikatny pocałunek na jej smukłej szyi. Pospiesznie obraca się by mogła stać do mnie przodem.
- Brak mojego księcia - odpowiada smutnym głosem. Wspina się na palce i niepewnie muska moje wargi na powitanie.
Impreza trwa w najlepsze, co jakiś czas każdy z obecnych udaję się do stolika po "wspomaganie". Niektórzy już dawno odpłynęli, część udaje, że wciąż jest trzeźwa, a inni na przykład tacy jak ja wciąż trzymają się całkiem nieźle. Jest kilka wyjątków, którzy prawie w ogóle nie piją, cóż, dla nas lepiej.
Koło pierwszej, gdy ilość osób biorących udział w zabawie znacznie się zmniejszyła nasz szanowny DJ puścił wolny kawałek. Obejmuję ciaśniej Amy i zaczynam znaczyć tylko sobie znane trasy na jej szyi.
Jej oddech z odrobiną alkoholu pieści moje nozdrza i wargi. Nie mogąc się dłużej oprzeć jej ciału, odstawiam nasze kieliszki na szafkę i pogłębiam pocałunek. Moja dłoń przypadkowo odnajduje zamek jej sukienki, który nagle staję się bardzo kuszący.
- Może poszukamy wolnego pokoju? - mruczę jej do ucha. Kiwa głową na znak zgody, więc pospiesznie ciągnę ją za rękę w stronę schodów prowadzących na piętro. Gdzieś w oddali dostrzegam zdenerwowane spojrzenie Jamesa.
- A co jeśli ktoś nas usłyszy? - pyta Am, delikatnie marszcząc czoło.
- Będziemy cichutko - odpowiadam, nie będąc w stanie dłużej powstrzymywać swojej żądzy.
Odgarniam kosmyki włosów z jej twarzy, a drugą ręką powoli rozpinam tył sukienki. Ubranie zsuwa się na podłogę. Bezwstydnie mierzę spojrzeniem ciało Amy, ukryte jedynie za cienkim materiałem bielizny, który jest bardziej podniecający niż gdyby była bez niego.
Dziewczyna z figlarnym uśmiechem dobiera się do guzików mojej białej koszuli. Pospiesznie ściągam ją i rzucam w kierunku bliżej nieokreślonym. Łapię Amy za biodra i stanowczym ruchem przyciągam do siebie. Składam delikatny pocałunek na jej obojczyku przez co ciało dziewczyny przechodzi dreszcz, a z gardła wydobywa się ciche westchnięcie.
Jednak nie jest dane nam skończyć, ba nawet rozpocząć zdarzenia, które miało zajść między nami, ponieważ po pomieszczeniu rozchodzi się dźwięk stanowczego uderzania o drewno.
- Ktoś pukał? - pyta Amy rozglądając się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Ponownie ktoś puka, tym razem bardziej natarczywie. Dziewczyna naciąga na siebie sukienkę i przytrzymując ją w tali tak by nie zsunęła się z jej ciała, uchyla drzwi.
- Tu jesteś! Wszędzie cię szukałem! - dobiega mnie głos Jamesa. - Chciałem spytać czy ze mną  zatańczysz?
- Co? A tak jasne... Poczekaj chwilę - odpowiada Amy po czym zamyka drzwi. Staje do mnie tyłem. - Mógłbyś? - pyta z pewnością mając na myśli zamek swojej sukienki. Niechętnie go zasuwam.
- Właśnie teraz musisz tańczyć z tym idiotom? - mruczę do jej ucha starając się utrzymać klimat sprzed kilkunastu sekund.
- Od samego początku to nie był dobry pomysł. Ktoś by nas usłyszał... Zresztą to tylko jeden taniec - odpowiada, unikając mojego spojrzenia.
- Świetnie! - wołam wściekłym tonem po czym obracam się tyłem do niej i powoli zaczynam zapinać guziki własnej koszuli.
Po kilku minutach schodzę na dół i w tłumie dostrzegam jak Black obejmuje moją dziewczynę, nachyla się w jej stronę i szepce coś do ucha, a w odpowiedzi Amy wybucha perlistym śmiechem.
Czuję jak moje ciało zaczyna pochłaniać coraz większa wściekłość. Pod ścianą dostrzegam samotną dziewczyną, całkiem ładną. Nie wiem czy to adrenalina, złość wymieszana z zazdrością  płynące w moich żyłach czy alkohol, a może wszystko po trochu sprawia, że podejmują taką decyzję. Podchodzę do niej i kładę dłonie po obu stronach jej twarzy, tak by nie mogła mi uciec, po czym wpijam się w jej wargi. Napieram na nią całym ciałem. Z początku wyczuwam jej zaskoczenie, a po chwili próbuje dorównać mojej zachłanności. Nie potrzebuję tego. Odpycham ją od siebie i ponownie odszukuję wśród tłumu Bloom. Jej twarz jest blada, a oczy szerokie ze zdziwienia. Z lubością oblizuję wargi i zmierzam w jej kierunku.
- Myślisz, że tylko ty możesz się dobrze bawić? Co się tak zdziwiłaś? Teraz już wiesz jak się czuję za każdym razem jak ten frajer cię dotyka! I co podoba się? - krzyczę jej w twarz. Podnosi dłoń i uderza z całej siły mój policzek.
- Malik, to koniec! - woła powstrzymując łzy. Spoglądam na nią z nie do wierzeniem. Czy o to mi chodziło? Chciałem tylko, żeby poczuła się tak samo jak ja. Chciałem by przez chwilę poczuła taką samą zazdrość, to nie tak miało się skończyć.
- Zaczekaj! - krzyczę za dziewczyną. Wybiegam za nią przed dom, ale ona zdążyła się już rozpłynąć w mroku nocy.


_______________________________

Doooooooobry wieczór <3!
Przyznawać się kto ma ferie? Bo mi się właśnie rozpoczęły! *.*
Rozdział dedykuję kochanej Pauli (Kocia3ek), chciałaś seler to masz! Chociaż nie do końca wyszło mi tak jak chciałam, ale zawsze coś :)
Mam do was dziś dwie sprawy:
1. Mam do was pytanie od Kocia3ek, czy ktoś nie chciałby z nią poprowadzić dalej opowiadania. Więcej informacji na tej stronce: Take me home. Sama z chęcią bym do niej dołączyła, bo blog jest świetny, ale niestety nadmiar obowiązków mi na to nie pozwala, ledwo z własnym opowiadaniem daję radę ;<.
2. Chciałabym gorąco polecić opowiadanie Diany Nowackiej: You are the only exception. Dziewczyna dopiero zaczyna, ale idzie jej całkiem nieźle, a wszyscy dobrze wiemy jakie początki są trudne.
A tak poza tym to ten rozdział może wyglądać tak jakby Amy zostawiła specjalnie Zayna, ale nic się nie martwcie fani Malika, to wybieg taktyczny wszystko będzie okej. Szanuję wasze zdanie :*