sobota, 16 listopada 2013

64. Pierwszy tydzień

*Vicky*

To wręcz nie możliwe być ze sobą tak długo i wciąż czuć się jak na początku związku. Wciąż czuć motylki w brzuchu na widok uśmiechu drugiej osoby, nadal ulegać na jej urok osobisty i wszelakie sztuczki, które wykorzystuje przeciwko nam, a jednak wciąż dawać się na nie złapać. I kochać, każdego dnia jeszcze bardziej i mocniej, nie chcąc niczego w zamian tylko zapewnienia, że ta osoba jest tak samo szczęśliwa jak my.

Nawet nie zauważam, gdy mija nam cały lot, może dlatego, że go przesypiam. Nialler budzi mnie dopiero po wylądowaniu z szerokim uśmiechem na ustach. Widać, że sam pobyt w Irlandii napawa go wyśmienitym humorem. W jednej chwili przechodzimy powolnym krokiem po odbiór bagaży, a w następnej nie możemy się już wydostać z lotniska. Z każdej strony napiera na nas cała masa ludzi, a zwłaszcza dziewczyn w przedziale wiekowym dwanaście do dwudziestu lat, każda starając się zwrócić uwagę Nialla na siebie. Z początku cała ta sytuacja mnie bawi, ale z każdą chwilą coraz mniej mi się to wszystko podoba. Blondyn stara się jakoś panować nad sytuacją, ale to wszystko go przerasta. Zaczynam głośno protestować, gdy jedna z dziewczyn łapie mnie za przedramię boleśnie wbijając paznokcie i bezczelnie odciąga od Niallera, tylko po to by móc zająć moje miejsce. Po chwili znajduję się całkowicie poza grupą tych wszystkich ludzi, ale co z tego jak Horan utknął w samym środku tego zgiełku? Równocześnie stara się pozować do zdjęć i przepychać do wyjścia, ale to na nic się nie zdaje.
Rozglądam się ze złością za ochroną lotniska. W końcu dostrzegam mężczyznę w mundurze i krótkofalówką w dłoni. Bez zastanowienia podbiegam do niego i tłumaczę mu całą sytuację, przez chwilę przygląda się grupie otaczającej Nialla z lekkim przerażeniem, ale ostatecznie wzrusza ramionami i pewnym krokiem zaczyna się przepychać do blondyna.
Wyprowadza go z tłumu do swojego biura, które jest najbliżej, a ja posłusznie idę za nimi, odprowadzana niezadowolonymi krzykami tłumu.
- Witamy ponownie panie Horan - stwierdza z rozbawieniem ochroniarz, gdy Niall ocenia straty. Stracił swoją zieloną czapkę i okulary, poza tym nie jest źle. Uśmiecha się do mnie ze smutkiem.
- Nie tak to sobie wyobrażałem, myślałem, że jak zjawimy się tutaj bez zapowiedzi to nie będzie tych całych tłumów i w ogóle... - stwierdza pocierając dłonią kark.
- No wiesz, ma to jakiś swój urok - odpowiadam niepewnie, nie wiedząc czy można to nazwać w ten sposób.
- Myślę, że następnym razem powinieneś wcześniej nas uprzedzić, że przylatujesz, mógłbym zapewnić wam ochronę, a teraz nie wiem jak się wydostaniecie na zewnątrz, poczekajcie tu chwilę sprawdzę jak wyglądają tylne wyjścia - ogłasza wszem i wobec ochroniarz i pospiesznie wychodzi na zewnątrz.
- Powinieneś zadzwonić do domu i powiedzieć, że możemy się trochę spóźnić, żeby nie musieli się martwić gdzie się podziewamy... - mówię opadając na jedno z plastikowych krzesełek ustawionych przy biurku, które z pewnością służą za miejsce osobom przesłuchiwanym.
- Nie będą się martwić, ponieważ nawet nie wiedzą, że jesteśmy w Irlandii - spoglądam na niego z niezrozumieniem, więc zaczyna tłumaczyć dalej z przepraszającym uśmiechem. - Nie powiedziałem im, że przyjeżdżamy, bo chciałem, żeby mieli niespodziankę... Nie chciałem, żeby wysprzątali cały dom, a w oknach powiesili wystawne firany i te wszystkie inne niepotrzebne, rzeczy gdy ma się gości. Chciałem, żebyś zobaczyła jak mieszkałem, bez tych wszystkich sztucznych otoczek - dodaje wzruszając ramionami. Przez chwile panuje między nami cisza, staram się dokładnie zrozumieć, co przed chwilą powiedział, ale jedyne co do mnie dociera to to, że oni nie wiedzą. Nie mają bladego pojęcia, że za jakieś kilkadziesiąt minut właduje im się do domu zupełnie obca osoba i najzwyczajniej w świecie stwierdzi: "Będę z wami mieszkać, przez najbliższe dwa tygodnie! Cieszycie się?".
Czuję jak moje ciało zaczyna powoli opanowywać panika. Biorę kilka głębokich wdechów dla uspokojenia.
- Może jednak powinieneś ich uprzedzić, chociażby tylko po to, by mogli się przygotować psychicznie do tego spotkania? - żeby po prostu mogli ukryć to jak bardzo są zawiedzeni moim wyglądem oraz to, że z pewnością marzyli o zupełnie innej dziewczynie dla swojego sławnego syna, dodaję już w myślach, ale mam wrażenie, że Niall dobrze wie, o czym myślę.
- Victorio Black, nawet nie próbuj myśleć, że moja rodzina cię nie zaakceptuje. Jesteś całym moim światem, a oni uszanują każdą moją decyzję. Jesteś jedną z tych osób, które zdecydowanie są zbyt dobrymi ludźmi, a w dodatku jesteś śliczna i moja, więc niby dlaczego mieliby cię nie polubić?
Przyglądam mu się uważnie. Poza lekkim wyrazem rozbawienia, nie dostrzegam, żadnych innych niepokojących oznak, że kłamie, co nie oznacza, że przestaję się stresować.
Podnoszę się z niewygodnego krzesełka i podchodzę do dystrybutora z wodą. Trzęsącymi dłońmi napełniam plastikowy kubeczek chłodną wodą. Wypijam wszystko jednym duszkiem, po czym napełniam pojemnik jeszcze raz i wracam na swoje miejsce. Czuję jak niebieskie tęczówki Nialla uważnie mnie obserwują, ale staram się to ignorować. Spinam włosy w chaotycznego koka i moczę czubki palców w wodzie po czym rozsmarowuję ciecz na karku, co daje mi chwilową ulgę.
- Naprawdę, aż tak bardzo się tym stresujesz, że mogą cię nie polubić? - szepcze Niall wprost do mojego ucha, równocześnie starając się rozmasować moje spięte mięśnie.
Na szczęście nie zdążam odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ do środka z impetem wpada ochroniarz widocznie zadowolony z siebie.
- Załatwiłem wam taksówkę. Stoi przy tylnym wyjściu, a tłum przy głównym, więc powinniście się przemknąć niezauważeni... Oczywiście odprowadzę was dla pewności, że już po całym zamieszaniu.
Niall z szerokim uśmiechem łapie nasze walizki i jako pierwszy wychodzi z pomieszczenia. Pospiesznie dopijam to co pozostało w kubeczku, zgniatam go w dłoni i bez żalu wrzucam do kosza na śmieci, po czym wychodzę za blondynem, który zdążył już przejść spory kawałek drogi niezauważony. Ten fakt lekko podbudowuje mnie na duchu. Doganiam Niallera i łapię jego dłoń. Przygląda mi się przez chwilę, więc posyłam mu niepewny uśmiech, a on odpowiada mi tym samym z widoczną ulgą.
- Zobaczysz będzie fajnie - dodaje, muskając mój policzek.

Z początku występują problemy z transportem, ponieważ taksówkarz nie chce jechać, aż tak daleko i bezceremonialnie stwierdza, że może nas zawieść na dworzec, a stamtąd pojedziemy pociągiem. Nialler zirytowanym głosem zaczyna wrzeszczeć na kierowcę, ale szybko się reflektuje i po prostu proponuje mu potrójną stawkę za kurs, co moim zdaniem jest nie potrzebne, bo nie widzę problemu, żeby jechać pociągiem. Taksówkarz chwilę się waha, ale w końcu otwiera nam drzwi, a nasze walizki wrzuca do bagażnika.
- To na prawdę nie tak miało wyglądać - szepcze zbolałym głosem Niall, gdy pozostawiamy za sobą lotnisko.
- Nie wszystko zawsze układa się po naszej myśli - odpowiadam, starając się rozluźnić atmosferę, co jest zadaniem nie łatwym, biorąc pod uwagę mój własny stres.
- Chyba masz racje - odpowiada zamyślonym głosem, w ogóle na mnie nie patrząc.
Przez chwilę zastanawiam się czy przerwać ciszę, która między nami zapanowała, ale dochodzę do wniosku, że tak jest łatwiej. Ciężko byłoby mi teraz rozmawiać o tym co czeka nas na miejscu, na razie po prostu wolę o tym nie myśleć. W zamian przysuwam się do Niallera i wtulam w niego, a on odruchowo otacza mnie ramieniem.
Przyglądam się przez okno zielonym terenom i miasteczkom, które mijamy po drodze. Ludzie wydają się być pozytywnie nastawieni do świata, wymieniają się licznymi uśmiechami, a niektórzy nawet przystają by zamienić ze sobą kilka słów. Większość budynków jest zbudowanych z czerwonej cegły lub szarego kamienia, co daje niepowtarzalny urok.
Przestrzenie pomiędzy miastami, są wypełnione zielonymi pastwiskami, ale ten zielony jest zupełnie inny niż w Londynie. Jest pełen życia i samym wyglądem napawa optymizmem.
 - Pojedziemy najpierw do mojej mamy, tam pomieszkamy tydzień, a na następny przeniesiemy się do mojego taty... - stwierdza Niall, chwilowo przenosząc na mnie swój wzrok.
- W porządku - odpowiadam, nie wnikając w szczegóły. Wiem, że jego rodzice rozeszli się, gdy miał pięć lat i razem z bratem pomieszkiwali trochę tu, trochę tam, ale wciąż nie lubi rozmawiać na ten temat, a ja go nie męczę.
Po godzinie jazdy w końcu taksówka zatrzymuje się na podjeździe jednego z domów, a Niall pospiesznie wciska kierowcy zwitek banknotów. Niepewnie wysiadam z samochodu i przyglądam się budynkowi. Wszystkie domy na tej ulicy wyglądają tak samo. Dach pokryty ciemnobrązową dachówką, ściany białe, ale z elementami ceglanymi w odcieniach od beżowych, aż po brunatne, białe framugi okien i białe drzwi z małą szybką z weneckiego szkła. Przed domem zasadzone są kolorowe kwiaty i wąski pas zieleni, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić w tym kraju.
Podchodzę niepewnie do drzwi, a Niall idzie tuż za mną cały czas szeroko się uśmiechając.
- Wejdź do środka - prosi, a ja z lekkim wahaniem naciskam klamkę, ale drzwi nie ustępują. Marszczę nos i próbuję ponownie. To na nic, ktoś zamknął drzwi na klucz.
- Dziwne... Powinna być w domu - mruczy Nialler uparcie czegoś szukając w mojej torbie. W końcu z triumfem wyciąga klucze.
- Dlaczego schowałeś klucze do mojej torby? - pytam, w czasie gdy on otwiera drzwi.
- Bo ja bym je pewnie zgubił - odpowiada wzruszając ramionami.
W końcu stajemy w małym holu. Staram się wyłapać jakieś dźwięki świadczące o tym, że ktoś jest w domu, ale nic takiego nie słyszę.
- Mamo?! - woła Niall, ale odpowiada mu cisza. Szybko przebiega przez wszystkie pokoje, jednak nikogo nie ma.
- Może poszła do sklepu - mówię, niepewnie idąc za blondynem.
- Pewnie tak... W każdym razie chodź, pokażę ci mój pokój! - woła z entuzjazmem Niall, ciągnąc mnie po schodach na górę.
 Niecierpliwie otwiera jedne z zamkniętych drzwi w korytarzu i wciąga mnie do środka.
 Ściany pomalowane są kremową barwą i obwieszone całą masą fotografii w białych ramkach. Ogromne łóżko z metalową ramą stoi w centralnym miejscu pokoju, jedną ścianę zajmuje regał z książkami, a obok niego stoi niedbale oparta gitara. Wszystkie meble są jasne. Biurko stoi obok okna, a nie na wprost niego, jak zazwyczaj bywa, ponieważ parapet jest obniżony i poszerzony, a dodatkowo wyłożony całą masą poduszek, żeby w wolnych chwilach można było na nim odpoczywać, podziwiając ogród w który, mama Niallera musiała włożyć mnóstwo pracy. Kwiaty, które widzieliśmy przed domem, to dopiero początek tego co znajduje się za nim.
- To dziwne, że jesteśmy ze sobą tak długo, a ty dopiero teraz widzisz mój pokój - stwierdza Niall, pełnym napięcia głosem.
- Czy ty się stresujesz? - pytam z rozbawieniem, obserwując jak blondyn ustawia nasze walizki pod ścianą, starannie unikając mojego spojrzenia.
- Ja po prostu, no wiesz... To dość niecodzienna sytuacja, gdy mam przedstawić moją dziewczynę swojej rodzinie - stwierdza wzruszając ramionami. - Po prostu ty miałaś łatwiej, bo twoi rodzice poznali mnie jeszcze zanim zaczęliśmy być razem i nie męczyli mnie pytaniami, a ciebie teraz czeka wywiad środowiskowy, ale pamiętaj, jeżeli nie chcesz nie musisz odpowiadać - pospiesznie dodaje, podchodząc do mnie. Kładzie swoje ciepłe dłonie na moich kościach biodrowych i przyciąga mnie do siebie.
Delikatnie podnoszę twarz by móc mu spojrzeć prosto w oczy.
- W porządku, odpowiem na każde pytanie twoich rodziców, tylko... Mam nadzieję, że im się spodobam - stwierdzam ledwie dosłyszalnie, ale mimo to Niall doskonale wie co właśnie powiedziałam. Wywraca teatralnie oczami i mocno całuje mnie w usta.
- Jeżeli nie przestaniesz w kółko powtarzać tych głupot, to przysięgam, że się zdenerwuję, a chyba nie chcesz mnie wkurzyć, prawda? - pyta odsuwając się ode mnie na zaledwie kilka centymetrów, przez co gdy mówi, jego oddech skutecznie drażni moje wargi.
- Nie chcę... - stwierdzam słabym głosem, równocześnie delikatnie kręcąc głową na boki.
- Grzeczna dziewczynka, chodź poczekamy na mamę w kuchni - mówi wesołym tonem, jak gdyby nigdy nic ciągnąc mnie z powrotem na dół. Jego oczy wypełniają tysiące iskierek radości, a usta rozciągają się w tak szerokim uśmiechu, że zastanawiam się w jaki sposób jeszcze nie naciągnął sobie mięśni policzka, lub czegoś w tym stylu.
W kuchni wysuwa dla mnie jedno z krzeseł przy stole, a sam wyciąga dwa kubki i zaparza herbatę.
Obserwuję z jaką swobodą poruszą się po kuchni, nawet przez chwilę nie zastanawiając się czy na pewno w tej szufladzie znajdzie łyżeczki. Odczekuje kilka minut, aż zagotuje się woda w czajniku, wystukując palcami na blacie tylko sobie znaną melodię.
Uśmiecha się do mnie niepewnie, gdy w końcu zauważa, że od dłuższego czasu go obserwuję.
- O co chodzi? Jestem brudny? - pyta równocześnie natarczywie pocierając dłonią policzek, tak by zetrzeć z niego nieistniejący brud.
- Nie, jesteś idealny - odpowiadam lekko rozmarzonym tonem, w momencie gdy podaje mi kubek z herbatą. Uśmiecha się widocznie zadowolony z siebie, ale nie komentuje tego w żaden inny sposób. Odsuwa sobie krzesło obok mnie, ale zanim na dobre zdąży się usadowić dobiega nas szczęk klucza w zamku. Pospiesznie odstawiam kubek na stół i z napięciem wpatruję się w drzwi.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze - szepcze Niall, muskając wargami płatek mojego ucha.
W tym samym momencie do kuchni wchodzi pani Gallagher z naręczem kwiatów. Ma na sobie prostą beżową sukienkę, a do tego czarny sweterek, okrywający ramiona. Na nasz widok gwałtownie się zatrzymuje i przez chwile panuje idealna cisza.
- Cześć mamo - jak gdyby nigdy nic stwierdza Nialler podchodząc do niej z szerokim uśmiechem. Kobieta wypuszcza z rąk kwiaty, które rozsypują się po podłodze, ale nie zwraca na to uwagi, tylko z całej siły przytula Nialla. Niepewnie zaczynam zbierać rośliny.
- Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjedziecie? Przygotowałabym coś dobrego na obiad! Ale niespodzianka, tak dawno cię już nie widziałam - stwierdza jego mama z czułością czochrając jego misternie ułożone włosy, po czym rękawkiem sweterka stara się otrzeć łzy, które wywołał widok jej syna po tak długiej rozłące.
- Mamo chciałbym ci kogoś przedstawić... - to już ten moment, nie ma odwrotu. Czuję jak serce boleśnie przyspiesza swój rytm, tak głośno, że z pewnością wszyscy to słyszą. - ... to jest Victoria, moja dziewczyna.
Niezdarnie podaję kwiaty, które przed chwilą jej wypadły z rąk.
- Miło mi panią poznać - mówię, tak jak wymaga tego kultura, niepewnie się do niej uśmiechając. Przez chwilę uważnie mi się przygląda. W końcu odpowiada mi szerokim uśmiechem i podobnie jak Nialla mocno mnie przytula.
- Dużo o tobie słyszałam, ale nie mogłam się już doczekać kiedy w końcu Niall cię do mnie przywiezie, już dawno go o to prosiłam, ale ciągle wykręcał się brakiem czasu, aż w końcu zaczęłam myśleć, że tylko wymyślił sobie tą dziewczynę! - stwierdza, równocześnie łapiąc mnie za rękę i okręcając wokół własnej osi, tak by mogła mnie zobaczyć z każdej strony.
- Mamo! - protestuje głośno niebieskooki, ale ona zbywa go skinieniem ręki. - Mógłbyś włożyć je do wody? - pyta przekazując mu bukiet, a on bez słowa z jednej z szafek wyciąga kryształowy wazon i napełnia go wodą.
- Dawno temu przyjechaliście? Może chcecie się odświeżyć po podróży, a ja w tym czasie przygotuję dla was coś do jedzenia...
- Ale niech pani sobie nie robi problemu, my wcale nie jesteśmy głodni, prawda Niall? - próbuję jakoś ogarnąć sytuację, żeby pani Gallagher nie musiała sobie niepotrzebnie robić kłopotu, ale oczywiście na tego głodomora nie można liczyć.
- Co? Od kiedy to ja nie jestem głodny? - stwierdza spoglądając na mnie z zaskoczeniem. Jego mama zaczyna się śmiać, gdy daję mu mocnego kuksańca w żebra, a on tylko wzrusza ramionami w odpowiedzi. 
- W porządku, Niall pokaż Victorii gdzie jest łazienka, zawołam was jak obiad będzie gotowy - dodaje, powoli wyciągając na stół różne produkty.
Blondyn wyprowadza mnie z kuchni, zanim znowu uda mi się zaprotestować. Wspinamy się po schodach na górę, ja skręcam do pokoju Niallera, a on idzie dalej. Po chwili wychodzę na korytarz w rękach trzymając wszystkie potrzebne rzeczy, ale nie mam pojęcia gdzie podział się niebieskooki, a tym bardziej gdzie jest łazienka.
- Niall? - wołam na tyle cicho, by nie było tego słychać na dole w kuchni. Wystawia głowę zza jednych z drzwi i gestem przywołuje mnie do siebie. Wchodzę do małej łazienki, wyłożonej bladoniebieskimi kafelkami.
- Przygotowałem dla ciebie ręcznik i trochę miejsca w szafce, ale jak chcesz to mogę też się z tobą wykąpać... - stwierdza, pospiesznie ściągając z siebie koszulkę.
- Wiesz, to chyba nie jest najlepszy pomysł - odpowiadam niepewnie spoglądając na drzwi. Jesteśmy tu od pół godziny i już takie ekscesy? Chyba pani Gallagher nie byłaby zadowolona... - Weź się ubierz, albo chociaż zamknij te drzwi - dodaję niezadowolonym głosem, na co blondyn wybucha perlistym śmiechem.
- Mama jest bardzo wyrozumiała... - pochyla się nade mną tak by, móc mi to wymruczeć wprost do ucha, ale posłusznie z powrotem naciąga na siebie koszulkę. - Słodko wyglądasz, kiedy się czymś stresujesz, wiesz? - dodaje i szybko się wymyka, zanim udaje mi się dać mu porządnego kuksańca w żebra.
Wciąż się szeroko uśmiecham, gdy spinam włosy w wysokiego koka tak, żeby ich nie pomoczyć podczas kąpieli. Pospiesznie zrzucam z siebie ubranie i nim moje ciało zdąża przejąć chłód stoję w ciepłych strumieniach wody.
Tak naprawdę nadal nie mogę uwierzyć w to, że poznałam mamę Niallera, a tym bardziej, że spędzę w jej domu równiutki tydzień. Dzięki temu spotkaniu przynajmniej wiem, że to nie po niej odziedziczył nietypowy kolor oczu, ponieważ jej oczy są zielone, zupełnie inne niż oczy Nialla.
Automatycznie spłukuję z siebie żel i dokładnie wycieram się ręcznikiem. Następnie ubieram granatowe rurki i dżinsową koszulę, w miarę na luzie, ale jednak nie za bardzo. Włosy rozpuszczam i przeczesuję palcami, aby odrobinę je zmierzwić. Przez chwilę przyglądam się sobie w lustrze starając się wyobrazić jak postrzega mnie inna osoba, na przykład mama Nialla. Mierzę się wzrokiem powoli od stóp do góry, gdy dojeżdżam spojrzeniem do twarzy wybucham śmiechem na widok mojej skupionej miny.
- I tak teraz już nic nie zmienisz - szepczę do swojego odbicia i pewnym krokiem wychodzę z łazienki.
Najpierw kieruję się do pokoju Horana, żeby odnieść swoje rzeczy. W połowie drogi łapie mnie nagły atak kaszlu. Zginam się wpół czując nagłe ukłucie w klatce piersiowej, które mija równie szybko jak się pojawia. Prostuję się z lekkim wysiłkiem i niepewnie schodzę na dół. Niall leży rozwalony na kanapie bezmyślnie zmieniając kanały, zupełnie ignorując świat dookoła siebie. Podchodzę do niego i uderzam go z otwartej dłoni w głowę.
- Za co to? - woła oburzonym głosem.
- Mógłbyś pomóc mamie, a nie tylko telewizję oglądasz - mruczę na tyle cicho, by nie było tego słychać w kuchni.
- Ale nie musiałaś uderzać tak mocno - odpowiada, pocierając ręką obolałe miejsce. W odpowiedzi przewracam tylko oczami i przechodzę do kuchni.
- Mogę jakoś pani pomóc? - pytam niepewnie się uśmiechając.
- Możesz nakryć do stołu. W tamtej szafce znajdziesz talerze, tam szklanki, a w tamtej szufladzie są sztućce - stwierdza mama Nialla, wskazując po kolei odpowiednie meble.
Przez chwilę pracujemy w ciszy. Ja rozkładam naczynia na stole, starając sobie przypomnieć po której stronie powinny leżeć łyżka, nóż i widelec, a pani Gallagher wstawia do pieca zapiekankę i nastawia odpowiednio termoobieg oraz czas.
- Wiesz, może to głupie, ale trochę się obawiałam tego spotkania. Ale bardziej bałam się, że nie będziesz jakby to ująć... odpowiednią dziewczyną dla niego - spogląda na mnie z lekkim zakłopotaniem, ale nieprzerwanie kontynuuje swoją myśl. - Chociaż znam cię dopiero od kilkudziesięciu minut, jednak wydajesz się być porządną dziewczyną, która jest z nim z miłości, a nie dlatego, że nagle stał się sławny. Widać to w twoich oczach, gdy spoglądasz na niego, twój wzrok od razu łagodnieje i patrzysz z taką czułością na mojego syna, że to wręcz nie możliwe, by w tak małej osóbce mieściło się tyle pozytywnych uczuć.
- Ojej... to co pani mówi jest strasznie miłe. Nie spodziewałam się czegoś takiego już na samym początku naszej znajomości, zresztą w ogóle się nie spodziewałam, że pani mnie polubi... - stwierdzam z szerokim uśmiechem, starając się za wszelką cenę nie zacząć skakać z radości.
- Musisz być bardziej pewna siebie, a wszystko będzie dobrze. Opowiesz mi jak się poznaliście?
- Cóż, w sumie to zasługa mojego starszego brata. Gdy cały zespół nagle zapisał się do naszej szkoły to wszystkie dziewczyny zwariowały, to było straszne. Każda biegała za nimi, myśląc, że to właśnie z nią się umówią i któregoś dnia, było ich tak dużo, że Niall nie mógł sobie z nimi sam dać rady i mój brat mu pomógł. W ten sposób James, czyli mój brat mógł liczyć na dług wdzięczności ze strony Niallera. Ja zawsze chciałam nauczyć się grać na gitarze, a ten uroczy blondynek nie dość, że umiał to jeszcze był sławny na całym świecie! James połączył wszystkie fakty ze sobą i poprosił Nialla, żeby w zamian za ratunek nauczył mnie grać na gitarze. Później przychodził do mnie raz w tygodniu i tak jakoś się to wszystko zaczęło - zakańczam opowieść nieporadnie wzruszając ramionami.
- Naprawdę? To dość niecodzienna historia - stwierdza z uśmiechem pani Gallagher równocześnie wyciągając z pieca zapiekankę.
Nialler jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki na sam zapach jedzenia od razu pojawia się w kuchni, mama z czułością przejeżdża mu ręką po włosach, a on wsadza palec do pomidorowego sosu i oblizuje palec z lubością.
- Nie ma to jak kuchnia mamy - stwierdza, rozsiadając się przy stole. Przysuwa do siebie talerz pełen zapiekanki i wpakowuje do buzi ogromną porcję.
- Nialler! - karci go rodzicielka, a on tylko uśmiecha się z policzkami wypchanymi jedzeniem. - Jakie macie plany na najbliższe dni?
- Myślałem, żeby pójść nad klif, pochodzimy po uliczkach, pokażę Victorii jakieś ciekawe miejsca - stwierdza blondyn, nabierając dokładkę. Reszta posiłku mija nam w ciszy.
- Niech pani to zostawi! My z chęcią pozmywamy, pani należy się odpoczynek - stwierdzam, gdy pani Gallagher zaczyna zbierać naczynia do zlewu. Wyciągam z jej rąk talerz i zaczynam starannie szorować.
- No chodź Niall, będziesz wycierał.
Blondyn niechętnie podnosi się od stołu, ale posłusznie przyjmuje ode mnie mokre naczynia. Mama niebieskookiego przez chwilę nam się przygląda z uśmiechem.
- Jakbyście czegoś potrzebowali to będę w ogrodzie - oznajmia wszem i wobec po czym wychodzi. Po chwili słychać trzask drzwi.
- Mówiłem ci, że moja mama cię polubi - mruczy mi do ucha Nialler, a ja z lubością przymykam powieki, gdy składa pojedyncze pocałunki na moim karku. Łapie mnie za nadgarstki i gwałtownym ruchem obraca tak, bym stała przodem do niego. Siadam na blacie, a on momentalnie się do mnie przysuwa. Oplatam go nogami w pasie i wsuwam dłonie pod jego koszulkę, napierając na jego brzuch.
- Chcesz się przenieść do mojego pokoju? - pyta seksownie zachrypniętym głosem, a ja tylko kiwam potwierdzająco głową, spoglądając w jego roziskrzone tęczówki.
Wbiegamy na górę, przeskakując po kilka schodów na raz. Ledwo udaje nam się przekroczyć próg, a Nialler z niecierpliwością zrzuca z siebie koszulkę. Jego dotyk wręcz pali moją skórę, a temperatura powietrza w pokoju z każdą sekundą rośnie coraz wyżej.
- A co jak zaraz wejdzie twoja mama?
Czuję jak blondyn uśmiecha się spod moich pocałunków.
- To przestanie uważać cię za porządną dziewczynę - odpowiada, sunąc wargami wzdłuż mojego obojczyka.
- Chyba jakoś to przeżyję...
Przyciska mnie własnym ciałem do ściany, a ja wydaję ciche westchnienie, gdy dostrzegam idącą korytarzem panią Gallagher. Na chwilę zamieram, ale na szczęście nie zatrzymuje się, tylko idzie dalej nawet na nas nie spojrzawszy. Odpycham od siebie Nialla i gwałtownie wciągam powietrze. Spogląda na mnie niezadowolonym wzrokiem, a ja wskazuję na drzwi. Po chwili jego mama wraca z konewką i uśmiecha się do nas szeroko. Musiała dojrzeć rumieńce na naszych twarzach, bo uśmiech gwałtownie znika z jej twarzy i czym prędzej wychodzi z powrotem do ogrodu.
- Świetnie! Właśnie przestałam być porządną dziewczyną w oczach twojej mamy - wołam sfrustrowanym głosem, na co blondyn wybucha głośnym śmiechem.
- Ale ja lubię te nieporządne... - stwierdza przyjemnie głębokim tonem, całując mój policzek. Po chwili podchodzi do walizki i zaczyna wypakowywać swoje rzeczy.
- Muszę wziąć zimny prysznic, bo inaczej w tym pokoju może dojść do bardzo, ale to bardzo nieporządnych rzeczy - ignoruję jego wypowiedź. Przyciągam go do siebie i wpijam się w jego wargi.
- Masz rację, lepiej żebyśmy ochłonęli, bo nie ręczę za siebie - szepczę, a jego oczy rozbłyskują niezdrowym blaskiem. Jednak robi dwa kroki do tyłu i stara się głęboko oddychać.
- Muszę... wziąć... lodowaty... prysznic... - mówi, po każdym słowie gwałtownie wciągając powietrze. W końcu wychodzi, a ja opadam z głośnym westchnieniem na łóżko. W myślach zaczynam liczyć do stu, byle by tylko nie pobiec za nim do tej łazienki. Z każdą kolejną minutą coraz trudniej skupić mi się na liczbach. W końcu zrywam się z łóżka i podbiegam do mojej walizki. Wysypuję z niej całą zawartość na środek pokoju, aż wśród wszystkich rzeczy dostrzegam malutkie, prostokątne pudełeczko. Łapię je z ulgą i czym prędzej wychodzę na balkon. Odpalam papierosa z przyjemnością wciągając dym w płuca, znajome ciepło zaczyna rozchodzić się po moim ciele i wszystko powoli się uspokaja.
- Victorio Black!
Krzywię się na dźwięk wkurzonego głosu Niallera. Powoli się obracam, w drzwiach stoi mój blondyn jedynie w spodniach od dresu, które ledwo mu się trzymają na biodrach, przez szyję ma przewieszony ręcznik, którym wycierał mokre włosy. Teraz pojedyncze krople wody spływają po jego twarzy, a później po nagim torsie zostawiając po sobie długie, wilgotne ścieżki.
- Coś się stało, kochanie? - pytam niewinnym głosikiem.
- Coś się stało? Nie wkurzaj mnie bardziej niż to jest konieczne! Ile razy obiecywałaś? Ile razy jeszcze mam cię prosić? Miałaś rzucić to cholerstwo, a ty zamiast rzucić to co robisz? Palisz jeszcze więcej! Jesteś zadowolona z siebie? - warczy, spoglądając na mnie wściekłym wzrokiem.
- Ja... staram się... - mruczę niepewnie, a on tylko wybucha sarkastycznym śmiechem.
- Nie bądź śmieszna. Jeżeli wyczuję od ciebie jeszcze raz to cholerne świństwo to pogadamy inaczej, a teraz wracaj do środka zanim się przeziębisz - dodaje już nieco łagodniejszym głosem.
Gdy wchodzę z powrotem do pokoju Nialler przytula mnie, ale tylko po to by wyjąć z mojej tylnej kieszeni paczkę papierosów.
- To już ci nie będzie potrzebne, kochanie - stwierdza z zadowolonym uśmiechem.

*Amy*

Zmykam do kuchni, żeby przygotować kolację dla tych wszystkich głodomorów. Eminem w radiu wypluwa swój bunt i wściekłość. Odruchowo pogłaśniam, wystarczy, że usłyszę jego głos, a moje ciało samo zaczyna się bujać w rytm muzyki. Lepiej nie starać się rozumieć słów, bo to odbiera ochotę do dalszego słuchania. Ale jest muzyka i głos, które ratują całą resztę. Zayn powiedział mi kiedyś, ze chociaż te kawałki budzą w nim złość na cały świat, to przynajmniej w tych chwilach nie czuje się sam.
W jakimś stopniu zastępuje mi Jamesa, teraz gdy go przy mnie nie ma. To dobry chłopak, tylko w którymś momencie się pogubiliśmy, ale powoli odnajdujemy drogę do siebie, lecz już nie jako para, a jako dobrzy przyjaciele. Tak jest lepiej, przynajmniej takie jest moje zdanie.
Zostawiam cały stos kanapek na stole i wracam do swojego pokoju. Zakopuję się w pościeli, aż po sam czubek nosa i usilnie staram się zasnąć. Przewracam się z boku na bok. Ciekawe co u Jamesa... Pewnie w jego ramionach byłoby mi dużo łatwiej zasnąć. Znów się obracam. Głosy w domu powoli zaczynają cichnąć. Na dole jeszcze tylko gra telewizor, ale i on w końcu zostaje wyłączony. Z głuchym trzaskiem zamykają się drzwi po lewej stronie od mojego pokoju, to Zayn. Cicho wzdycham i przewracam się na plecy. Przez chwilę tępo wpatruję się w sufit, ale w końcu daję za wygraną. Spoglądam na telefon już 2:30. Uchylam drzwi na korytarz i dostrzegam wątłą strużkę światła spod drzwi Malika. Na palcach podchodzę do jego drzwi i cicho pukam.
- Proszę! - woła stłumionym głosem, a ja bez zastanowienia wchodzę do środka. Mulat siedzi na swoim łóżku czytając jakąś książkę. Podnosi na mnie swój czekoladowy wzrok i jego wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu.
- Co tu robisz? - pyta, zamykając książkę, ale palcem przytrzymuje stronę na której skończył.
- Nie mogę zasnąć - skarżę się jak małe dziecko, a on klepie miejsce koło siebie.
- Chcesz tu dzisiaj spać? No wiesz możemy rozmawiać tak długo, aż nie zaśniesz - stwierdza zrzucając jedną poduszkę i koc na podłogę.
- Tak, mam już dość tej ciemności w moim pokoju - stwierdzam z ulgą rozsiadając się na ziemi.
- Co ty robisz? Ja tu będę spał, a ty w moim łóżku - mówi z lekkim rozbawieniem.
- Nie musisz się tak poświęcać, mogę przespać się na ziemi - protestuję, ale on bez słowa podnosi mnie i wpycha do łóżka, po czym opatula szczelnie puchową kołdrą, a sam kładzie się na podłodze.
Ledwo przykładam głowę do poduszki, a oczy same zaczynają mi się kleić. Nozdrza zalewa mi zapach Zayna, już zapomniałam jak on pięknie pachnie.
- Dobranoc Amy - szepcze chłopak, a ja chcę mu tak bardzo odpowiedzieć, ale Morfeusz jest silniejszy ode mnie.

*Zayn*

Budzę się nagle, choć sam nie wiem dlaczego. Spoglądam na łóżko, ale jest puste, a drzwi od pokoju otwarte. Pewnie wróciła do siebie. Jest 4:20 już mam przenieść się z powrotem do łóżka, gdy do pokoju wchodzi Amy ze szklanką wody w ręce. Odstawia ją na stolik i zamiast wrócić do łóżka, to opada na podłogę.
- Co robisz? - pytam, spoglądając ze zdziwieniem jak kładzie się tuż koło mnie i z całej siły przylega do mnie swoim drobnym ciałkiem.
- Nie chcę spać sama - stwierdza, głosem małej dziewczynki i jeszcze mocniej wtula twarz w zagłębienie mojej szyi, a ja nie protestuję. Obejmuję ją ramieniem i całuję w czubek głowy.
- Rano będziesz tego strasznie żałować, wiesz księżniczko? - szepczę, ale ona już ponownie zasnęła.

___________________________________________________
Coś mi to wszystko nie idzie.
Wiem co chcę napisać, ale nie umiem już tego ubrać w słowa, co mnie zaczyna coraz bardziej drażnić do tego stały brak czasu i oto przepis dlaczego rozdziały są raz w miesiącu.  Dlatego staram się by częstotliwość dodawania (a raczej jej brak) wypełnił długość rozdziału. Muszę przyznać, że ten wyszedł wyjątkowo długi, ale jestem z niego zadowolona i chyba teraz rozdziały będą tak wyglądać. Rzadko, ale długo.
PS. Przepraszam, jeżeli jest pełno błędów, ale jest już dosyć późno i przyznaję, że zmęczenie o sobie przypomina :<
PS2 Ciekawe ile osób się wkurzy na Amy za to co zrobiła....?

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

















poniedziałek, 14 października 2013

63. Wyjazdy

*Vicky*

Wszystko się w miarę uspokoiło. Niall chodzi cały czas uśmiechnięty i wszystkich wkoło zaraża dobrym humorem, tylko na twarzy ma ogromnego siniaka i ciężko ma poruszać palcami u prawej dłoni, ale on uparcie twierdzi, że to nie ma znaczenia. Dzwoniłam do szpitala by dowiedzieć się co z Patrickiem, ale przez telefon nie chcieli podać mi żadnej informacji. Udało mi się tylko wyciągnąć, że jest w ciężkim stanie, ale przeżyje. To mi wystarcza, Nialler nie zrobił żadnego głupstwa... O ile można to tak nazwać.
A jeśli chodzi o tego blondyna, to właśnie ktoś oplata mnie swoimi mocnymi ramionami w talii i przytula z całej siły.
- Przyjadę dzisiaj po ciebie do szkoły, chcesz? - pyta, a ja odwracam się do niego przodem z szerokim uśmiechem.
- A może w ogóle do niej nie pójdę... Zostaniemy sobie w domu i porobimy jakieś głupoty - stwierdzam z błyskiem w oku i zaczepnie zagryzam wargę.
- O nie, ty idziesz do szkoły moja droga. Nie chcę by znowu cię wyrzucili, bo będziesz chodzić na wagary z mojego powodu. Ale wszystko można nadrobić, mamy przed sobą całe życie kochanie - dodaje na widok mojej zawiedzionej miny, a ja mu ufam, bo niby co mogłoby nas rozdzielić?

*Amy*

Miało być normalnie, jakby tej rozmowy nigdy nie było, a jednak wszystko się zmieniło. Odnosimy się do siebie z większą powagą, ale i czułością. Zayn przestał mi dogadywać, wręcz przeciwnie stara się pomóc mi na każdym kroku co chwile posyłając w moją stronę te swoje łobuzerskie uśmiechy, a ja już nie wkurzam się na niego o byle co.
Chociaż nie wiem co będzie z Jamesem. Za kilka minut powinien tu przyjść, po raz pierwszy odkąd wybiegł z wściekłością z tego samego pokoju.
Wstrzymuję chwilowo oddech, gdy ktoś puka do drzwi, a potem wchodzi do środka. Uśmiecham się ze smutkiem, a moje serce boleśnie przyspiesza swój rytm na jego widok.
- Cześć James... - szepczę robiąc kilka kroków w jego stronę.
- Wróć do mnie, moje życie bez ciebie nie ma sensu - stwierdza bez jakiś niepotrzebnych wstępów, błagalnie na mnie spoglądając, a ja bez zastanowienia wpijam się w jego wargi.
- Nigdy więcej mi tego nie rób, dobrze? - proszę, a on bez zastanowienia kiwa potwierdzająco głową.
- Przepraszam, ja.. obiecałem ci, że nigdy cię nie zostawię, a chwilę później praktycznie rzecz biorąc to zrobiłem. Jestem taki sam jak on. Przepraszam, że jestem taki beznadziejny, ale to dlatego, że tak bardzo mi na tobie zależy i po prostu boję się, że cię stracę - mówi cichym głosikiem, który jest przepełniony niemym bólem. Przytulam go z całej siły, a on już nic nie mówi, tylko tuli mnie tak jak dawniej.
Drzwi otwierają się z hukiem. Odsuwam się od niego niechętnie.
- Wiesz, że ludzie wymyślili coś takiego jak pukanie? - pytam z irytacją.
- Chciałem tylko was poinformować, że jadę z Lou na zakupy i po drodze możemy was podrzucić do szkoły, a popołudniu wszyscy idziemy do Nialla i Vicky na obiad - stwierdza niewinnym głosikiem Harry.
- W porządku możecie nas podrzucić - odpowiada spokojnie James, zanim ja zdążam wyrzucić loczka z pokoju. Obracam się z oburzeniem, ale nie mam nic do gadania. Black posyła mi łobuzerski uśmiech i podaje plecak delikatnie popychając w stronę drzwi.

*Vicky*

Uwielbiam wiosnę, gdy wszystko powraca do życia. Drzewa i trawa ponownie się zielenią, a w powietrzu czuć radość. Wiosną wszystko wydaję się takie proste, nawet matematyka. Zwłaszcza wtedy, gdy tuż obok siedzi Olivia i szeptem podaje mi odpowiedzi do zadań.
 Wychodzimy z klasy równo z dzwonkiem, zanim ktokolwiek zdąży nas zatrzymać. Nauczyciel podaje jeszcze zadanie domowe, ale kto by się tym przejmował?
- Wpadniesz do nas dzisiaj na obiad? - pytam, gdy powolnym krokiem wychodzimy ze szkoły.
- No nie wiem... To o której mam być? - przewracam oczami słysząc radość w jej głosie.
- Pojedziemy od razu do mnie, a teraz pozwól, że ci kogoś przedstawię... - mówię łapiąc ją za rękę i ciągnę ją w stronę parkingu. Przygląda mi się z przerażeniem i stara się wyrwać, ale w końcu się poddaje i posłusznie idzie za mną. Od razu go dostrzegam. Opiera się o maskę swojego samochodu, w szarej bluzie z naciągniętym kapturem na głowę. W dłoni trzyma ogromny bukiet czerwonych róż. Twarz skrycie chowa za swoimi ray-banami, ale i tak większość się zorientowała, że tu nie stoi zwykły chłopak. Kilka dziewczyn zatrzymało się w pobliżu i lustruje go uważnym spojrzeniem, w odpowiedzi poprawia nerwowym ruchem kaptur i rozgląda się wokół. W końcu mnie dostrzega i jego wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu. Odruchowo puszczam dłoń Olivii i zaczynam biec w jego stronę. Wyciąga ramiona w moją stronę, a ja bez zastanowienia oplatam go nogami w pasie i całuję na powitanie.
Odsuwam się od niego gdy w pobliżu słyszę zduszone piski. Zsunął mu się kaptur z głowy i teraz już nie ma wątpliwości, że to sam Niall Horan przyjechał po zwykłą dziewczynę do szkoły.
Pospiesznie wpycham go do samochodu i wołam Olivię, zanim na dobre rozpęta się całe zamieszanie.
- To jest własnie mój chłopak - stwierdzam z uśmiechem, gdy blondyn stara się wyjechać z parkingu.
- Nie kłamałaś na żywo jest jeszcze przystojniejszy! - woła Olivia z zachwytem, a ja wybucham śmiechem.
- Naprawdę tak powiedziałaś? - wtrąca się niepewnie Nialler, przez chwilę przyglądając mi się z czułością.
- Może coś tam kiedyś wspomniałam... - stwierdzam usilnie wpatrując się za okno.
- Wspomniałaś? Daj spokój Vicky, ty cały czas o nim nawijasz! Serio ciężko znaleźć jakiś inny temat niż wasz wspaniały związek, to nie fair, że macie tyle szczęścia - dodaje Oliv, a ja czuję jak moje policzki robią się całe czerwone. Niall cicho się śmieje, ale wygląda na zadowolonego.
- To gdzie cię odwieźć?
- Ona jedzie do nas. Zaprosiłam ją na obiad, no wiesz jest waszą fanką i chciałam, żeby poznała resztę chłopaków - tłumaczę wzruszając ramionami.
- Naprawdę? To który z nas ci się najbardziej podoba? - pyta blondyn spoglądając w wsteczne lusterko.
- Niall! - syczę w jego stronę, bo dobrze znam odpowiedź na to pytanie. - Oliv nie musisz odpowiadać, on cię podpuszcza - dodaję, a ona posyła mi wdzięczne spojrzenie.
- Ale mnie to ciekawi... Zresztą nie ważne, dowiem się tego za chwilę - stwierdza wzruszając ramionami, gdy zatrzymuje samochód na podjeździe.
Niall po wejściu do domu od razu kieruje się do kuchni, skąd dochodzą wspaniałe zapachy, z pewnością już coś ugotował, a Olivia niepewnym krokiem przechodzi z pokoju do pokoju i przygląda się wszystkiemu z wyraźnym zaangażowaniem.
- Słuchaj głupia sprawa, ale mogłabyś mi pożyczyć coś do ubrania? Chciałabym jakoś wyglądać... - stwierdza niepewnie zagryzając wargę.
- Jasne, nie ma problemu. Bierz co chcesz, a ja za ten czas pójdę wziąć szybki prysznic - mówię, otwierając szafę wypełnioną po brzegi ubraniami, po czym kieruję się do łazienki.
Piętnaście minut później gdy wychodzę pięknie pachnąca truskawkowym żelem pod prysznic słyszę jak Olivia rozmawia z Niallem na dole, tam też się kieruję.
Wszystko jest już przygotowane, talerze i kieliszki rozstawione na stole, a Nialler przebrany. Oliv wybrała tą samą sukienkę, którą kiedyś Harry wybrał dla mnie, gdy usilnie starał się nas pogodzić z Niallem.
- Widzę, że ty też kojarzysz tą sukienkę - mruczy mi blondyn do ucha, gdy dostrzega mój uśmiech na widok ubrania Oliv.
- Już mi wszystko opowiedział, myślę, że to dobry wybór skoro Harry też ją wybrał - stwierdza niepewnie blondynka, a Horan jak zwykle szybko podłapuje temat.
- Aha! Czyli podoba ci się Harry, mówiłem, że się tego dowiem... - dodaje wzruszając ramionami.
- Co? Wcale nie! - zaprzecza zbyt pospiesznie, żeby można jej było uwierzyć, a dodatkowo się rumieni.
- Tylko muszę cię ostrzec, że on raczej woli te starsze dziewczyny... - stwierdza wzruszając ramionami, a ja rzucam mu wściekłe spojrzenie. - No co?
- Czasem jak coś powiesz to normalnie mam ochotę cię...
- ...pocałować? - wpada mi w słowo, a ja ciężko wzdycham, na podkreślenie mojego ciężkiego życia. Jednak zanim udaje mi się odpowiedzieć to rozlega się dźwięk dzwonku do drzwi.
- Otworzę! - wołam zanim ktokolwiek zdąży mnie uprzedzić i biegnę do drzwi.
Wpuszczam do środka całą zgraję głodomorów uprzednio z każdym witając się buziakiem w policzek.
- Dobrze cię widzieć siostra - stwierdza James na mój widok, a ja się uśmiecham.
- Was też, zwłaszcza gdy jesteście razem - odpowiadam wskazując na splecione dłonie Amy i Jamesa.
- Okej, chcę żebyście kogoś poznali. To jest Olivia, z którą chodzę teraz do szkoły, a to jest Zayn, Louis, Liam, Harry chodź ich pewnie nie trzeba przedstawiać no i Amy z Jamesem, który jest moim bratem, a ten z tyłu to Jack.
- Miło was poznać - stwierdza niepewnym głosem Oliv, po czym przechodzi do wymieniania się uściskiem dłoni z każdym z poznanych. Ja w tym czasie rozsiadam się wygodnie przy stole, a po chwili cała reszta bierze ze mnie przykład.
- Jak się czujesz? - pyta James, troskliwie mi się przyglądając.
- Teraz już dobrze. A ty kiedy wyjeżdżasz?
- W sobotę, ale w sumie to mi się wcale nie chce...
- Black dokądś wyjeżdża? Dlaczego ja nic o tym nie wiem? - wtrąca się Zayn z błyskiem w oku.
- Bo to nie twoja sprawa - warczy James, a ja zaczynam się śmiać.
- Oni tak mają od dłuższego czasu, bo każdy z nich chce być z Amy - tłumaczę Olivii, ale ona mnie nie słucha, ponieważ jest zbyt zaaprobowana siedzącym tuż obok niej Harrym.
W między czasie Niall zdążył już każdemu nałożyć ogromną porcję lasagni i nalać kieliszek wina.
-  Słuchajcie chciałem coś powiedzieć - zaczyna mój blondynek w momencie gdy wszyscy kończą jeść. Przyglądam mu się z ciekawością, ale on tylko posyła mi tajemniczy uśmiech.
- Tylko nie mów, że się oświadczasz! - woła Harry z cwaniackim uśmiechem, a mnie robi się gorąco na samą myśl o tym.
- Harry idioto! Zero wyczucia, na pewno chcą nam powiedzieć, że Vicky jest w ciąży - stwierdza Lou, uderzając loczka z otwartej dłoni w głowę.
- Co? Od kiedy jestem w ciąży? - pytam ze zdziwieniem, a wszyscy wybuchają śmiechem.
- Chciałem wam powiedzieć, że poprosiłem Paula o dwa tygodnie urlopu, bo zabieram Victorię do Irlandii - mówiąc to cały czas patrzy mi prosto w oczy.
- Naprawdę? - szepczę ze łzami w oczach. Niall tylko kiwa głową na potwierdzenie, a ja przytulam go z całej siły.
- Jesteście zdecydowanie zbyt słodcy - stwierdza Harry.
- To samo im powiedziałam! - wtrąca Olivia z szerokim uśmiechem, jednak loczek to ignoruje.
- Chwila czy my też dostaliśmy te dwa tygodnie wolnego? - pyta Liam.
- No jakby nie patrzeć to niczego nowego beze mnie nie zrobicie, więc raczej też - odpowiada Niall znad mojego ramienia.
- Wiecie co? Ja idę zapalić, zaraz wracam - wtrąca się Zayn powoli podnosząc się od stołu.
- Zapalić? Czekaj idę z tobą - mówię, chcąc podnieść się z kolan Horana, ale on łapie mnie za nadgarstki uniemożliwiając mi to.
- Chyba coś mi obiecałaś... - mruczy mi do ucha, a ja wykręcam młynka oczami.
- Tylko jednego, no proszę...
- To co idziesz czy nie? - pyta wyraźnie się niecierpliwiąc Zayn.
- Ja idę - stwierdza James podnosząc się od stołu.
Na chwilę zapada cisza pełna napięcia, wszystkie oczy kierują się od mojego brata do Malika. Od kiedy to dwóch wrogów chodzi razem na fajkę? Nawet ja zapominam chwilowo o głodzie nikotynowym zbyt przejęta dalszym losem wypadków. W końcu Zayn wzrusza ramionami.
- Jak chcesz - stwierdza obojętnym głosem i powolnym krokiem wychodzi do drzwi, a tuż za nim James.
- Nie sądzicie, że to trochę dziwne? - pyta Louis, gdy tylko słychać trzask drzwi wyjściowych.
- Bardziej mnie ciekawi od kiedy James pali... - mruczy niezadowolonym głosem Amy.
- A ja myślę, że on chce po prostu pogadać z Zaynem bez świadków - stwierdza Jack wzruszając ramionami.

*James*

Wszystko już sobie idealnie zaplanowałem. Skoro wyjeżdżam na miesiąc do Francji muszę zadbać o to by było jak najmniejsze prawdopodobieństwo, że Malik odbije mi Amy. Wiadomo, że dopóki się nienawidzimy nie będzie miał skrupułów by coś takiego zrobić, ale jeśli zostaniemy kumplami... Przecież nie odbije koledze dziewczyny...
- Nie dzięki - mówię, gdy Zayn podsuwa mi paczkę papierosów. Przez chwilę przygląda mi się uważnie.
- Wiedziałem, że nie palisz, więc czego ode mnie chcesz? - pyta zaciągając się dymem.
- Chcę się pogodzić. No wiesz zakopać wojenny topór i w ogóle... - stwierdzam niepewnie wyciągając do niego dłoń.
- Dlaczego? Nagle chcesz się ze mną kumplować...
- Nie chcę się z tobą kumplować. Po prostu chcę się pogodzić, koniec tematu - tłumaczę zmęczonym głosem. - To jak będzie? - dodaję, a Zayn przez chwilę się waha, ale w końcu ściska moją dłoń.
- I jeszcze jedno... - zaczynam, ale mi przerywa.
- Tak wiem mam się nie zbliżać do Amy, bo to twoja dziewczyna i mnie zabijesz jeżeli ją tylko tknę. Wyobraź sobie, że też kiedyś z nią byłem i taki palant się do niej dowalał... - mruczy z ironią, a ja się uśmiecham.
- Po prostu się nią zaopiekuj. Wiem, że ją kochasz i nie pozwolisz jej nikomu skrzywdzić - to stwierdzenia kosztuje mnie wiele wysiłku, ale mimo to wypowiadam je na głos. Zayn spogląda na mnie ze zdziwieniem, ale nic mówi. Po prostu kiwa głową, a mi to wystarcza.

*Vicky*

Odkąd Niall powiedział, że chce mnie zabrać do Irlandii nie myślę o niczym innym. Zastanawiam się co mam ze sobą zabrać i jak się zachowywać. Chyba jeszcze nigdy się tak nie stresowałam.
- A co jeśli twoja rodzina mnie nie polubi? - pytam żałosnym głosikiem. Siedząc na łóżku podciągam nogi do góry i otaczam je ramionami, ciężko wzdychając. Blondyn, który własnie się przebiera, odwraca się od szafy  i spogląda na mnie rozbawionym wzrokiem.
-  Jak mogą cię nie polubić? Przecież jesteś ideałem... - stwierdza zrzucając z siebie koszulkę.
- Ale naprawdę chcesz mnie tam zabrać? Wiesz, poznanie rodziców to strasznie poważny krok - ciągnę temat, a Nialler klęka przede mną by móc spojrzeć mi prosto w oczy.
- A mieszkanie wspólnie to nie jest poważny krok? A niedoszła adopcja nie była poważna? Zresztą ja znam twoich rodziców praktycznie już od pierwszego dnia jak się poznaliśmy... - stwierdza wzruszając ramionami.
- Moi rodzice to co innego - bagatelizuję sprawę.
- Chyba nie byłoby im miło, gdyby to usłyszeli - szepcze Niall zaledwie muskając moje usta.
 - Właściwie, to skąd wiedziałeś, że mam teraz dwa tygodnie ferii wiosennych? Przecież każda szkoła ustala je sobie indywidualnie... - pytam, chwilowo go od siebie odsuwając.
- Byłem w sekretariacie, zanim zdążyłaś wyjść dzisiaj ze szkoły, a tam powiedzieli mi, że od tego piątku masz dwa tygodnie wolnego, więc pomyślałem, czemu by tego nie wykorzystać... Zwłaszcza, że po tych wszystkich ostatnich zdarzeniach myślę, że przyda ci się odrobina odpoczynku - tłumaczy z łobuzerskim uśmiechem.
- Tak, odpoczynek to  faktycznie fajna sprawa - mówię cichutkim głosikiem, kreśląc nikomu nie znane wzory na jego nagim torsie.
Chłopak gwałtownie podciąga się na ramieniu i zaczyna mnie zapalczywie całować.

Cały tydzień mija mi strasznie szybko. Przed feriami w szkole mamy masę nauki, a jakby tego było mało dostajemy kilka wypracowań na czas wolny, abyśmy na pewno nie zapomnieli o szkole. Po feriach mają się rozpocząć pierwsze lekcje praktyczne, takie na poważnie. Dostaniemy modela i mamy wykonać własną sesję, najlepsi w nagrodę dostaną staż w jednej z gazet, gdzie będą wykonywać zdjęcia sławnym ludziom, gdyby udało mi się znaleźć w grupie tych kilku osób to byłoby naprawdę coś.
Przez nawał nauki praktycznie w ogóle nie widuję się z Niallem. Zresztą on przed takim długim wolnym ma teraz masę rzeczy do załatwienia związanych z zespołem. Ostatnie wywiady i poprawki, a wieczorami dają koncerty, więc zazwyczaj gdy on wraca to ja już śpię, a rano sytuacja jest dokładnie odwrotna, a ja nie mam sumienia go budzić, wiedząc jak ciężko pracuje.
Aczkolwiek w tej w chwili nie mam innego wyboru i muszę go obudzić chyba, że chcemy spóźnić się na samolot.
Delikatnie szturcham go w ramię, ale w odpowiedzi tylko obraca się na drugi bok, niewyraźnie mrucząc coś pod nosem. Wywracam oczami z szerokim uśmiechem po czym pochylam się nad śpiącym chłopakiem i zaczynam cicho szeptać.
- Kochanie, musisz już wstać. Nie wiem czy pamiętasz, ale dzisiaj mamy lecieć do twoich rodziców...
- Leć sama, pozdrów ode mnie mamę - stwierdza zaspanym głosem, nawet na mnie nie spoglądając.
- Jak to sama? Nialler do jasnej cholery wstawaj! - wołam starając się ściągnąć z niego kołdrę. W końcu spogląda na mnie oburzonym i jednocześnie zaspanym wzrokiem.
- Czy ja cię budziłem jak chciałaś się wyspać? Jakoś sobie nie przypominam, więc bądź tak dobra i sprawdź czy wszystko spakowałaś, a ja jeszcze chwileczkę się zdrzemnę - odpowiada, starannie przykrywając się kołdrą, którą wyrwał mi z ręki.
Spoglądam na niego z nie do wierzeniem. Szybkim krokiem wychodzę z sypialni, a po chwilę wracam wraz z miską lodowatej wody.
- Przepraszam kochanie, ale sam się o to prosiłeś - mruczę z sarkazmem po czym wylewam wszystko na śpiącego Irlandczyka.
Chłopak zrywa się z łóżka i spogląda na mnie wściekłym spojrzeniem. Wymija mnie bez słowa, a po chwili wraca do pokoju starannie wycierając włosy ręcznikiem. Zatrzymuje się przed szafą i w milczeniu zaczyna wyjmować ubrania.
- Chyba się nie obraziłeś? - pytam, obserwując go z rozbawieniem.
- Ależ skąd! Uwielbiam jak ktoś z samego rana wylewa na mnie kubeł zimnej wody - stwierdza z ironią, a ja mimowolnie krzywię się na dźwięk jego wkurzonego głosu. - Nie ważne, masz rację musimy się powoli zbierać. Za kilka minut powinien po nas przyjechać Zayn. Odwiezie nas na lotnisko - tłumaczy na widok mojej pytającej miny.
Schodzimy powolnym krokiem na parter, gdzie stoją już nasze walizki. Niall pospiesznie pochłania kanapkę, po czym zaczyna wynosić nasze bagaże przed dom. Po chwili pojawia się Zayn i nim uda mi się nawet obejrzeć pędzimy szarymi drogami Londynu.
- Bawcie się dobrze i mimo wszystko uważajcie na siebie, okej? - pyta Malik, gdy tylko udaje mu się zaparkować przed ogromnym budynkiem lotniska.
- Jasne, niby co by mogło nam się stać? - bagatelizuje Niall, naciągając kaptur na głowę.
- No nie wiem, tak się mówi jak się żegna z kimś na dłuższy czas - stwierdza Zayn wzruszając ramionami, a blondyn wykręca młynka oczami, po czym wyskakuje z samochodu i wyciąga z bagażnika nasze walizki.
- Zayn pilnuj ich i nie namieszaj już więcej w życiu Amy - stwierdzam cichym głosem, a on niechętnie przytakuje. Przytulam go z całej siły.
- Ej bo będę zazdrosny! - woła niezadowolonym głosem Niall, przez co zaczynamy się śmiać.
- Okej spadajcie już, bo się zaraz rozkleję - mówi czarnuszek delikatnie popychając nas w stronę wejścia.
W miarę sprawnie przechodzimy odprawę i wchodzimy na pokład samolotu. Rozsiadam się wygodnie w fotelu, a Niall od razu łapie moją dłoń i mocno ją ściska, dobrze wiedząc jak panicznie boję się lotów.

*Amy*

- Panno Bloom nie przypominam sobie, aby pani jechała z nami na wymianę - stwierdza dyrektorka na mój widok. Moje policzki pokrywa odcień delikatnego różu, ale nie daję się zbytnio wyprowadzić z równowagi.
- Chcę się pożegnać z Jamesem - tłumaczę wzruszając ramionami. Przez chwilę mierzy mnie spojrzeniem, ale posłusznie wchodzi do budynku szkoły, a po chwili wychodzi James.
- Co ty tu robisz? - pyta z troską w głosie.
- Przyszłam się pożegnać... Wcale nie chcę żebyś sobie jechał na tak długo - odpowiadam żałosnym głosikiem, a on przytula mnie z całej siły.
- Ja też nie chcę cię zostawić, ale teraz już za późno. Strasznie cię kocham, wiesz? - szepcze, a ja tylko mocniej do niego przywieram.
- Obiecaj, że nie zakochasz się w jakiejś pięknej Francuzce... - proszę go, a on cicho chichocze.
- Obiecuję ci ma belle* - dodaje po czym muska moja usta, a ja przyciągam go najbliżej jak tylko mogę.
Nasze czułe pożegnanie przerywa wjazd minibusu na parking, który ma ich zawieść na lotnisko.
Spoglądam na Jamesa ze smutkiem.
- Ucz się pilnie i dzwoń co jakiś czas - szepczę, starając się za wszelką cenę powstrzymać łzy cisnące mi się do oczu.
- Nie długo wrócę... - stwierdza po czym całuje mnie po raz ostatni, tak jakby już nigdy więcej miał tego nie robić. Wcale nie podoba mi się ten pocałunek.
Zarzuca plecak na ramię i nie oglądając się już za siebie wsiada razem z resztą osób do minibusu. Po chwili macha mi przez szybę, a ja odpowiadam ten gest tak długo, aż biały samochód nie znika za bramą szkoły.

* ma belle z francuskiego oznacza "moja piękna"
____________________________________

Jest źle. 
Z moją częstotliwością dodawania rozdziałów, ale i z waszymi komentarzami.
Ja nie mam kompletnie czasu, aby napisać choćby jedno zdanie, a wy uważacie, że jest niepotrzebne pozostawienie po sobie śladu. Ja ranię was, wy ranicie mnie (o ile można to nazwać tak mocnymi słowami). Niby jesteśmy kwita, ale muszę zaznaczyć pewien fakt. Zauważcie, że gdy pod jednym rozdziałem pozostawiacie duża ilość komentarzy, rozdział pojawia się dwa, a nawet trzy razy szybciej, bo mam większą motywację i chęć do pracy, za wszelką cenę staram się znaleźć czas, nawet jeśli przez to czasem zawalam coś do szkoły. Komentarzy jest mało, wtedy wciąż mam nadzieję, że to się zmieni, więc nie chce dodawać czegoś nowego, bo może ktoś jeszcze nie wyraził swojego zdania o poprzednim rozdziale. Zamiast pisać rozdział zajmuję się rzeczami, które zdecydowanie dłużej mogłyby poczekać, bo nie widzę sensu dodawania czegoś, skoro to poprzednie wam się nie spodobało... Może stwierdzicie, że nie mam prawa mówić czegoś takiego po ponad miesięcznej przerwie pomiędzy rozdziałami, ale tak właśnie jest. To jedyny mój komentarz do tego rozdziału. Nie będzie żadnych wytłumaczeń, bo wiem, że i tak was zawiodłam, nie będzie przeprosin, bo wiem, że jeszcze nie jeden raz będą tak długie przerwy.

piątek, 6 września 2013

62. Zemsta

Ten rozdział dodaję dla każdego, kto z trudem przetrwał ten ciężki tydzień, aby (mam nadzieję) dobrze zaczął weekend.

*Niall*

Skrzywdził ją, moją kruchą i niewinną Vicky. Dlaczego złamała daną mi obietnicę? To było jedyne jej zabezpieczenie. Wiedziałem, że nie powinienem jechać.
- Kurwa mać! - krzyczę w przestrzeń, dając upust złym emocjom i bezsilności. Po chwili słyszę jak drzwi do mojego pokoju się otwierają. Obracam się na pięcie i widzę niepewnego Malika.
- Za cztery godziny mamy samolot, spakowałeś się już?
- Zabiję go Zayn. Przysięgam, że zapłaci mi za to - stwierdzam, a spokój z jakim to ogłaszam dziwi mnie samego, bo wewnątrz mnie wszystko krzyczy by jak najszybciej się zemścić.
- Wiem, Niall, ale jedyne co możesz zrobić to zgłosić to na policję, jak wrócimy już do Londynu, musisz przekonać do tego Victorię, bo inaczej on ciągle będzie to robił, będzie krzywdził następne dziewczyny... - tłumaczy spokojnym, acz naglącym głosem.
- Nie. Zabiję go. Pobiję, posiekam, zakopię...
- Okej zrozumiałem.
- ...odkopię, utopię, spalę...
- Niall?!
- ...powieszę, pokroję, zamrożę,
- Horan ogarnij się!
- ...odmrożę, jeszcze raz posiekam... - kolejne wyliczanie przerywa Malik zadając mi dość mocny strzał z tak zwanego liścia. Patrzy na mnie przepraszająco.
- Wybacz, ale od wczoraj nie da się z tobą dogadać. Wiem, że to przeżywasz, ale musisz się ogarnąć. W tym momencie bardziej jej się przydasz opanowany niż jak będziesz ciągle przy niej planował zemstę. Musisz być dla niej oparciem. Nie możesz pozwolić by się załamała...
- Wiem. Nigdy więcej nie zostawię jej samej, nigdy, a teraz mógłbyś wyjść? Muszę się jeszcze spakować - dodaję ze wzruszeniem ramion. Zayn przygląda mi się przez chwilę, a ja staram przybrać jak najbardziej obojętny wyraz twarzy.
- Jasne, za półtorej godziny widzimy się w holu - dodaje na odchodnym.
- Półtorej godziny wystarczy mi by obmyślić zemstę - stwierdzam szeptem w momencie gdy drzwi zatrzaskują się z głuchym uderzeniem.

*Vicky*

Już dzisiaj wszystko wróci do normy. Wróci mój blondynek, wszystko będzie dobrze, znów wyjdzie słońce. Gdybym tylko go posłuchała...
Czuję jak po raz kolejny łzy spływają po moich policzkach, nawet już nie staram się ich powstrzymać. Nie ma w tym sensu, bo za kilka minut znów wypłyną z jeszcze większą częstotliwością. Spoglądam na zegarek, mam jeszcze cały dzień do powrotu Nialla, osiem godzin zanim będę musiała się ogarnąć i udawać, że wszystko jest okej i nic się nie stało. Tylko... nie mam pojęcia czy dam radę.
Spuszczam nogi z kanapy i szurając stopami po podłodze powoli zmierzam w stronę łazienki. Gdy mijam drzwi wejściowe słyszę jak ktoś się z nimi mocuje i stara się dostać do środka. Odruchowo zaczynam się cofać. Przylegam plecami do zimnej ściany. Cała ta sytuacja drastycznie przypomina mi zdarzenie z wczoraj...

*Niall*

 Szarpię się przez chwilę z zamkiem w drzwiach, który jak na złość się zaciął. Po chwili udaje mi się przekręcić klucz i pospiesznie wchodzę do środka, ciągnąc za sobą walizkę.
Victoria stoi najdalej ode mnie jak tylko może. Plecami opiera się o ścianę, a dłońmi sunie po niej, jakby z nadzieją, że znajdzie jeszcze trochę miejsca by się schować. Najgorsze jest jej spojrzenie. Przepełnione bólem i strachem. Nie spodziewała się mnie tak wcześnie, miałem wrócić dopiero wieczorem, a skoro ktoś szarpał się z drzwiami to z pewnością pomyślała, że to On wrócił, by zakończyć to co zaczął. Na samą myśl zaciskam z wściekłości pięści.
- Niall! - woła z zaskoczeniem, ale i z ulgą. Zaczyna biec w moją stronę, a ja odruchowo ustawiam ramiona pod takim kontem, by mogła się w nich znaleźć. Oplata mnie nogami w pasie, a ramiona zarzuca mi na szyję. Po chwili jedyne co widzę to jej brązowe włosy, a nozdrza wypełnia mi zapach jej perfum.
- Jak dobrze, że już jesteś - szepcze, a jej głos mimo usilnych prób zamaskowania tego delikatnie drży. W odpowiedzi przytulam ją mocniej do siebie. Trzymając ją cały czas w ramionach kopnięciem zamykam drzwi i pospiesznie przechodzę z nią do salonu. Siadam na kanapie, a ona jak mała dziewczynka siedzi mi na kolanach i wtula się w mój tors.
- Kochanie już dobrze, ja... ja wszystko wiem. James mi o wszystkim powiedział - szepczę, głaszcząc ją po plecach. Pospiesznie się ode mnie odsuwa.
- Powiedział ci? Czyli już mnie nie chcesz... W porządku, rozumiem - stwierdza z wymuszonym uśmiechem, niezdarnie próbując wstać. Łapię ją za nadgarstki i z powrotem przyciągam do siebie. Mimowolnie krzywi się na moją reakcję, wręcz z przerażeniem spogląda na moje dłonie, które przytrzymują jej nadgarstki. Przysięgam zabije gnoja, który tak bardzo ją skrzywdził.
Pospiesznie rozluźniam ucisk.
- Nigdy cię nie zostawię, kocham cię, rozumiesz? Nikt cię już nie skrzywdzi, obiecuję - szepczę wręcz błagalnie. Spogląda na mnie tak niepewnym spojrzeniem, że czuję jak serce pęka mi na milion kawałków.
- Naprawdę? Ty wciąż mnie chcesz? - pyta z nie do wierzeniem. W odpowiedzi powoli, tak by znów jej nie przestraszyć zaczynam się do niej przybliżać. Vicky zagryza wargę przez chwilę rozważając czy się odsunąć, ale w końcu pozwala się pocałować.
Muskam jej wargi ostrożnie, bojąc się wykonać gwałtowniejszego ruchu. Powoli się od niej odsuwam. Przez chwilę miętosi w palcach skrawek mojej koszulki uparcie się w nią wpatrując. W końcu podnosi na mnie spojrzenie tak niewinne, że nie potrafię sobie wyobrazić, jak on mógł ją skrzywdzić.
Stara się uśmiechnąć, ale te wszystkie emocje powoli biorą nad nią górę. Usta wykrzywiają się w podkówkę, podbródek powoli zaczyna jej się trząść, a oczy wypełniają łzy. Przełyka głośno ślinę, starając się jakoś to wszystko zatamować, ale już po chwili pierwsza łza spływa po jej policzku.
- Błagam nie rób mi tego - szepczę łamiącym się głosem. - Mogę zrobić dla ciebie wszystko, cokolwiek byś zechciała, byleby znów zobaczyć twój uśmiech i radość. Mógłbym zabić, spełnić każdą twoją zachciankę, ale jestem totalnie bezradny gdy płaczesz. Chciałbym zabrać cały twój ból.
- Po prostu mnie przytul - szepcze głosem tak bardzo przepełnionym bólem, że wręcz mnie to paraliżuje. Spogląda na mnie przerażonym spojrzeniem, ale w jej tęczówkach tli się nadzieja, jakby miała nadzieję, że przed nią stoi chłopak, który już zawsze będzie przy niej i mimo wszystko ją ochroni, uratuje. Przyciskam ją do siebie z całych sił. Opiera swoje czoło na moim obojczyku i płacze. Obejmuję ją tak jakbym chciał uchronić tą niewinną duszyczkę przed całym złem świata. Jej łzy powoli moczą moją koszulkę, ale zbytnio się tym nie przejmuję.
Po jakimś czasie oddech Victorii się normuje. Ociera policzki wierzchem dłoni i uśmiecha się do mnie niepewnie.
- Jestem okropna, przepraszam. Wróciłeś dopiero co z podróży, pewnie jesteś głodny... Chodź zrobię ci coś do jedzenia - stwierdza łapiąc mnie za rękę i ciągnie w stronę kuchni.
- Ale ja nie jestem głodny - protestuję, widząc jej zaczerwienione oczy od płaczu.- Naprawdę, jakby co to sam sobie mogę coś zrobić... - dodaję, ale ona mnie już nie słucha. Z prędkością światła wyciąga tysiąc produktów z lodówki i przygotowuje dla mnie górę kanapek.

Cały dzień mija nam na oglądaniu filmów. Martwię się o Vicky, cała ta sytuacja miała na nią bardzo duży wpływ. Leży zwinięta w kłębek na kanapie, przykryta kocem, głowę ułożyła sobie wygodnie na moich kolanach, jednak widzę jak na każdy mój gwałtowniejszy ruch wzdryga się mimo woli. Za każdym razem posyła mi przepraszający uśmiech i coraz ciaśniej obejmuje się ramionami.
W końcu odrzuca od siebie koc i szybko się podnosi z kanapy.
- Przepraszam, ale ja już pójdę się kąpać... - stwierdza niezdarnie pocierając dłońmi ramiona. Chwilę się waha, ale w końcu pochyla się nade mną i pospiesznie muska wargami mój policzek. Przyciągam ją do siebie i przytulam z całej siły.
- Kocham cię - szepczę jej do ucha, a ona wzdycha z ulgą.
- Ja ciebie też miśku. Przepraszam... za moje zachowanie, ale... to wszystko... no wiesz... jest takie dziwne... - stwierdza z trudem. Po czym zatyka sobie niesforny kosmyk włosów za ucho.
- Nie masz za co przepraszać, rozumiesz? To.. to on będzie przepraszał - końcówkę zdania dodaję już szeptem, tak by ona tego nie mogła usłyszeć.
Wspina się na palce i niepewnie wpija się w moje wargi. Pochylam się tak, by było jej wygodnie. Daje się ponieść chwili, jest zupełnie tak jak dawniej. Odsuwa się ode mnie i przez chwilę stoi z wciąż zamkniętymi oczami opiera swoje czoło o moje i uśmiecha się z lubością.
- Teraz może być tylko lepiej, prawda? - szepcze, a jej ciepły oddech spowija moje wargi.
- Nie pozwolę by było inaczej - odpowiadam również szeptem, bojąc się zniszczyć nastrój, który wytworzył się w okół nas. Niepewnie uchyla powieki, a na wargach błąka jej się spokojny uśmiech.
- To idę się wykąpać... - stwierdza i po raz ostatni mnie całuje.
Odprowadzam ją spojrzeniem do drzwi, chwilę jeszcze czekam aż na pewno usłyszę dźwięk wody spod prysznica i wtedy wprowadzam swój plan w życie.
Pospiesznie wzrokiem lokalizuję jej komórkę. Wpisuję, krótką treść sms'a i wysyłam do tego sukinsyna. Dwie minuty później słyszę krótki dźwięk oznaczający, że dostałem odpowiedź. Szybko ją odczytuję, połknął haczyk, teraz trzeba wykonać tę część praktyczną. Usuwam jedyne dowody i kieruję się w stronę lodówki by dorobić sobie kanapek. Te całe zemsty są strasznie męczące.

*Amy*

Przeciągam się z lubością i przekręcam się na drugi bok, ale Jamesa nie ma już obok mnie. Naciągam na siebie jego koszulkę z wczorajszego dnia i schodzę do kuchni.
- Zayn? - pytam ze zdziwieniem na widok mulata w kuchni, który mierzy się spojrzeniem z Jamesem. Przestępuję z nogi na nogę i niesfornie staram się naciągnąć koszulkę, w duchu przeklinając to, że nie chciało mi się znaleźć czegoś lepszego do ubrania. Czarnuszek od niechcenia przerzuca na mnie swój wzrok.
- Cześć księżniczko, ładnie wyglądasz chociaż w moich koszulkach było ci ładniej - stwierdza łobuzersko się uśmiechając. Kątem oka widzę jak James zagryza szczęki ze złości.
- Malik nie pozwalaj sobie - warczy. Z pewnością gdyby spojrzenie mogło zabijać to Zayn padłby na ziemie martwy już jakieś piętnaście razy. Pospiesznie staję między nimi, tak na wszelki wypadek.
- Nie mieliście wrócić przypadkiem wieczorem? - pytam, na widok ładujących się Hazzy z Louisem do kuchni.
- Mieliśmy, ale strasznie się za tobą stęskniliśmy, a zwłaszcza Zayn, pół drogi mi jęczał, że chce cię już zobaczyć - stwierdza oburzonym głosem Liam. - Ups... cześć James - dodaje na widok Blacka i spogląda na mnie przepraszającym wzrokiem.
James wręcz wybiega z kuchni, mijając Zayna uderza go z całej siły z tak zwanego bara. Przeskakując po kilka schodów na raz wspina się do mojego pokoju.
Bez słowa wyjaśnienia biegnę za nim na górę. Wpadam do pokoju, James niczym burza wrzuca swoje rzeczy do sportowej torby, które przez ten tydzień zdążył rozrzucić po moim pokoju.
- Co ty robisz? - pytam łapiąc go za nadgarstki, tym samym próbując go powstrzymać.
- Nie widać? Nie będę wam przeszkadzał - warczy wyrywając swoje ręce, z mojego żałośnie słabego uścisku.
- Co ty chrzanisz? Przecież wiesz, że to nie prawda! - wołam, czując jak w oczach zbierają mi się łzy.
- Koszulkę możesz sobie zatrzymać, chociaż w Malika jest ci ładniej - cedzi przez zaciśnięte zęby, po czym ze złością zarzuca torbę na ramie i wychodzi z pokoju. Biegnę za nim.
- James zaczekaj. James do cholery! - krzyczę, a on w odpowiedzi tylko trzaska drzwiami. Opieram się plecami o tą drewnianą przeszkodę, łzy zaczynają mi już spływać po policzkach. - James... - szepczę, w przestrzeń. W drzwiach kuchni dostrzegam całą czwórkę chłopaków. Zayn nonszalancko opiera się o framugę z bezczelnym uśmiechem na ustach. Podbiegam do niego i wymierzam mu najmocniejszy policzek na jaki mnie stać.
- To, że nie umiesz ułożyć swojego życia, to znaczy, że zniszczysz też moje?! - krzyczę ze złością, po czym obracam się na pięcie i biegnę do swojego pokoju.
Ubieram się w pierwsze rzeczy, które nawijają mi się pod ręce, spinam włosy w koński ogon i zbiegam z powrotem na dół. Tam wsuwam stopy do moich ulubionych trampek i gdy chcę otworzyć drzwi, ktoś kładzie na nich rękę skutecznie mi to uniemożliwiając.
- Nie pobiegniesz za nim - warczy Zayn, demonstracyjnie opierając się o drzwi i zakładając ręce jedna na drugą. Rzucam mu oburzone spojrzenie.
- Przesuń się! Nie będziesz mi rozkazywał, zresztą to twoja wina dupku! - wołam i staram się go ponownie uderzyć, ale on jakby od niechcenia blokuję dłonią mój cios.
- Nie pobiegniesz za nim, bo to on powinien biegać za tobą. Za godzinę lub dwie sam tu przyjdzie błagać cię o wybaczenie. Najchętniej wtedy zamknąłbym mu drzwi przed nosem, ale to będzie tylko i wyłącznie twoja decyzja. Niestety... - dodaje już dużo ciszej. Przez chwilę rozważam sytuację.
- Okej. Może masz racje... - stwierdzam wzruszając ramionami, obracam się na pięcie i idę w stronę kuchni. Zayn tak jak myślałam, zostaje przy drzwiach tak na wszelki wypadek. Bardzo dobrze, drzwi nie będą mi potrzebne.
Po cichu przestawiam wszystkie rzeczy z parapetu, po czym otwieram okno. Jakieś dwa metry wysokości, powinnam dać radę. Przerzucam pospiesznie nogi przez okno i wtedy do kuchni wchodzi Harry.
- Co robisz? - pyta przyglądając mi się z ciekawością.
- Idę do Jamesa, ale Zayn skutecznie okupuje drzwi i nie pozwala mi wyjść - odpowiadam, na co loczek wybucha śmiechem.
- Masz trzy sekundy zanim to zrobię - stwierdza z wesołym błyskiem w oku.
- Zrobisz co? - pytam, nie bardzo rozumiejąc co ma na myśli.
- ZAYN BO AMANDA UCIEKA PRZEZ OKNO! - krzyczy ile sił w płucach, a ja rzucam mu przerażone spojrzenie.
- Zdrajca - syczę ze złością i czym prędzej wyskakuję przez okno.
Spoglądam w górę i widzę wychylonego przez szybę Malika. Zaciska szczęki ze złości.
- Wracaj tu natychmiast! - wrzeszczy, ale ja już nie oglądając się za siebie zaczynam biec ile sił w nogach. Słyszę za sobą głośny wybuch śmiechu Harry'ego i to jak Zayn stwierdza "cwaniara".
Przebiegam sprintem dwie przecznice i tak dla pewności jeszcze trzy truchtem. Zatrzymuję się w bramie parku, by złapać oddech. Opieram dłonie o uda i z trudem przypominam sobie jak wykonuje się prawidłowe wdechy i wydechy. Po kilku minutach udaje mi się unormować oddech, już bez większego trudu prostuję się i zaczynam iść przed siebie.
- I jakoś mnie nie powstrzymałeś Zayn - mruczę pod nosem, zadowolona z mojego pomysłowego planu ucieczki.
- Naprawdę myślałaś, że mi uciekniesz? - słyszę za sobą męski głos. Zamykam oczy i powoli się odwracam z sztucznym uśmiechem na ustach. - A teraz grzecznie wrócisz ze mną do domu.
Przyglądam mu się. Ma lekką zadyszkę, najwidoczniej zdecydował się za mną biec, a nie ścigać mnie samochodem, ale to działa na moją korzyść. Ja już odpoczęłam po biegu, a jemu by się to najwidoczniej przydało. Od niechcenia spoglądam najpierw w prawo, a później w lewo, oceniając szansę, w którym kierunku łatwiej byłoby go zgubić.
- Nawet nie myśl, że znowu mi uciekniesz. A nawet jeżeli spróbujesz, to przysięgam, że jak cię złapie to będziesz wracała ze mną do domu w tym stroju w jakim przywitałaś mnie dzisiaj rano w kuchni i osobiście przypilnuję, byś nic innego OPRÓCZ tej koszulki nie miała na sobie - stwierdza z łobuzerskim błyskiem w oku. Wyciąga dłoń w moją stronę, tym samym ponaglając mnie bym wróciła z nim do domu.
Odtrącam jego rękę i z dumnie podniesioną głową wymijam go, nawet nie obracając się czy za mną idzie, ruszam w stronę domu. Słyszę jak zaczyna się śmiać, ale już po chwili dotrzymuje mi kroku.
- Co cię obchodzi co ja robię? To nie twoja sprawa, że latam za Jamesem. Nie mógłbyś mieć na mnie tak po prostu wyjebane? Wszystko byłoby wtedy łatwiejsze! On by się wtedy na mnie nie wkurzał, a i ty byś nie mącił mi co chwile w głowie - stwierdzam oskarżycielsko, usilnie patrząc przed siebie.
Zayn się zatrzymuje i łapie mnie za nadgarstek zmuszając mnie do tego samego. Staje na wprost mnie i przygląda mi się błagalnym spojrzeniem.
- Przecież wiesz, że nie potrafię, ba nawet bym nie śmiał. Ty jesteś tą osobą dla której chce mi się żyć, dla której mógłbym góry przenosić. Wiem, że wszystko zepsułem co było między nami, ale ja wierzę, że to wszystko da się naprawić. A on potraktował cię dzisiaj... okropnie. Chociaż tak wiem, ja postąpiłem dużo gorzej - pospiesznie dodaje, bo już otwieram usta by temu zaprzeczyć. - Ale zrozumiałem swój błąd i proszę cię, żebyś dała mi szansę. Chociaż nie... Po prostu powiedz mi co do mnie czujesz. Bo ja...
- Zayn nie...
- ...wciąż cię kocham i nic tego nie zmieni - kończy uśmiechając się smutno. - Rozumiem, że to oznaczało, że ty tak nie czujesz. W porządku - stwierdza wzruszając ramionami. Przygryza policzek i powoli zaczyna iść przed siebie. To zły znak. Skrzywdziłam go. Zawsze gdy dzieje się coś co go rani, przygryza policzek.
- Poczekaj... - mówię prawie szeptem, jednak on od razu się zatrzymuje i spogląda na mnie z nadzieją. Przełykam ślinę, to będzie bardzo ciężka rozmowa.
- Masz ochotę na gorącą czekoladę? - pytam, a on kiwa głową posyłając mi niepewny uśmiech. Nie jestem w stanie go nie odwzajemnić. Pospiesznie przechodzimy na drugą stronę parku, gdzie znajduje się mała kawiarenka. Zamawiamy dwie czekolady po czym wybieramy stolik znajdujący się jak najdalej od witryny, Zayn tak dla pewności, że nikt nam nie przeszkodzi siada tyłem do reszty stolików.
- Więc co chciałaś mi powiedzieć? - pyta prosto z mostu. Upijam łyk czekolady, uważnie odstawiam kubek na blat stolika, zlizuję z warg słodki napój, biorę głęboki oddech i gdy już nie mam jak dłużej przeciągnąć tej chwili zaczynam bardzo powoli mówić.
- Chciałeś wiedzieć co do ciebie czuję, więc ci powiem. Obiecaj, że ta rozmowa zostanie między nami i nie będziesz mi przerywał, bez względu na to co powiem, a później zapomnisz, że kiedykolwiek byliśmy w tej kawiarence, okej?
Marszczy brwi, ale ciekawość wygrywa i kiwa głową na zgodę.
- W porządku. To nie jest tak, że ja cię już nie kocham, nie. Kochać nie przestaje się z dnia na dzień. Czasami budzę się w nocy i czuję pustkę. Wtedy chcę iść do twojego pokoju i tak po prostu przytulić się do ciebie, ale wiem, że nie mogę. Zagryzam wargi i staram się wyrzucić cię z moich myśli, ale to nie jest takie łatwe. Czasem nie wiem jak mam oddychać gdy cię przy mnie nie ma. Wtedy... - w tym momencie zaczyna trząść mi się głos i już wiem, że nie dam rady skończyć tego bez łez. - ... gdy pocałowałeś tą dziewczynę, coś we mnie pękło. Poczułam się jakbyś roztrzaskał moje serce na miliony kawałeczków, nie chciałam żyć bez ciebie, ale musiałam udawać twardą, bo nie chciałam byś znowu mnie skrzywdził. I wtedy pojawił się James. Chociaż jakby się tak zastanowić on był zawsze, ale dopiero po tym zaczął zachowywać się poważnie. W pewnym sensie wypełnił tą pustkę, pozbierał kawałeczki mojego serca w całość, ale to nie zmienia faktu, że pozostało na nim pełno rys, które za każdym razem gdy cię widzą, powolnie i boleśnie się zwiększają. Kocham cię, ale kocham też Jamesa i nic nie możesz na to poradzić... Po prostu tobie boję się ponownie zaufać - mówię błagalnym tonem, by zrozumiał, że mi też wcale nie jest łatwo. Ocieram łzy z policzków, które sama nie wiem w którym momencie zaczęły wypływać z moich oczu. Przyglądam się Zaynowi. Jego tęczówki, też przygrywa smutna mgła, jednak wyraz twarzy zachowuje nad wyraz poważny i opanowany. Wyciąga rękę w moją stronę. Łapie mnie za dłoń, z której niezdarnie skubię skórki w koło paznokci i składa na niej delikatny pocałunek.
- Jesteś miłością mojego życia, a miłości tak po prostu nie pozwala się odejść. Nigdy sobie nie wybaczę tego jak bardzo cię skrzywdziłem, ale też uszanuję twoją decyzję. Jednak będę przy tobie zawsze gdy tego będziesz potrzebowała, zwłaszcza wtedy gdy James nie podoła, a skoro już jestem przy nim... Musimy wracać do domu, bo pewnie on już zrozumiał swój błąd i jest w drodze o twoje wybaczenie - stwierdza ze smutnym uśmiechem, ponownie zagryzając policzek. Wstaje od stolika i wyciąga dłoń w moją stronę, tym razem chwytam ją bez większego zastanowienia.
 Kiedy wychodzimy z kawiarni trzymając się za ręce, oraz z  oczami pełnymi łez, można by pomyśleć, że jesteśmy dwojgiem zakochanych, którzy dopiero co się pogodzili. Zadziwiające jak pozory mogą mylić.

*Niall*

Od rana kręcę się z kąta w kąt, nie mogą się już doczekać, aż się z nim spotkam. Zasłużył na karę.
- Może usiądziesz obok mnie. Do obiadu mamy jeszcze dużo czasu - stwierdza z rozbawieniem Victoria, po czym uderza się z otwartej dłoni w czoło. - Zapomniałam ci powiedzieć! Przepraszam, całe szczęście, że jeszcze nic na dzisiaj nie zaplanowałeś... - mówi, a ja chwilowo zamieram. Oczywiście, że mam plany, ale niestety ty nie możesz o nich wiedzieć kochanie. - Rodzice zaprosili nas dzisiaj o trzeciej na obiad. Zgodziłam się bo i tak nie mieliśmy nic innego do roboty - zakańcza wzruszając ramionami.
Może ty nie miałaś nic innego... Ale akurat o trzeciej? Też mają wyczucie czasu.
- Jasne, dawno już u nich nie byliśmy - odpowiadam, starając się wykrzywić usta w uśmiechu.
- W porządku to ja się zbieram, bo w sumie to tylko półtorej godziny zostało, a chciałabym wziąć jeszcze kąpiel. A... i proszę nie mów moim rodzicom o ostatnim wydarzeniu, dobrze? Po prostu nie chcę ich martwić - dodaje na odchodnym.
Opadam z głośnym westchnieniem na kanapę. Myśl Horan, myśl. To może być jedyna szansa by się zemścić, jeżeli to przełożę może się domyślić, że coś jest nie tak. Cokolwiek by się nie działo, muszę dzisiaj o trzeciej tam dotrzeć.

- Co ty robisz? - pyta mnie Vicky jakiś czas później. - Nie przypominam sobie by moi rodzice mieszkali w parku.
- Wiesz muszę załatwić jeszcze jedną sprawę. To zajmie mi tylko chwileczkę, nie martw się... Poczekaj tu na mnie, dobrze? - i nie czekając na jej odpowiedź wysiadam z auta. Udało mi się zaparkować tak by nie mogła zobaczyć dokąd dokładnie zmierzam, no chyba, że wysiądzie. Niepewnie spoglądam przez ramię, ale Vicky wciąż siedzi w środku samochodu, tylko teraz wygląda na lekko obrażoną. Uśmiecham się pod nosem, gdybyś wiedziała co idę załatwić z pewnością nie byłabyś obrażona.
Potrząsam głową by pozbyć się wszelkich zbędnych myśli, teraz najważniejsza jest powaga i odpowiednie skupienie, a wszystko pójdzie jak z płatka.
Szybkim krokiem przemierzam parkowe alejki, żwir chrzęści pod moimi nogami, jakby chciał dodać mi otuchy. Lokalizuję spojrzeniem opuszczony budynek na samym końcu placu i kieruję się w jego stronę.
Chwytam za klamkę i ciągnę drzwi zanim logiczne myślenie się we mnie odezwie.
Patrick jest już w środku. Stoi tyłem do drzwi, więc wciąż nie wie, że to nie Victoria napisała do niego sms'a z prośbą o to spotkanie.
- Tak myślałem, że nie będziesz w stanie mi się oprzeć - mruczy głębokim głosem, a ja automatycznie zaciskam mocniej pięści.
- A ja myślałem, że wyraziłem się ostatnio wystarczająco jasno, ale jak widać do takich gnoi trzeba mówić jak do kogoś niepełnosprawnego umysłowo - cedzę przez zaciśnięte zęby. W tym momencie brunet odwraca się i przez chwilę na jego twarzy dostrzegam wyraz przerażenia, jednak szybko się reflektuje.
- Och Nialler. Mogłem się domyślić... Przecież nasza słodka Victoria nie napisałaby, że chce skończyć to co razem zaczęliśmy, a już na pewno nie wybrała by tak obskurnego miejsca, bez obrazy oczywiście - dodaje pospiesznie, po czym posyła mi wymuszony uśmiech, który działa na mnie gorzej niż czerwona płachta na rozwścieczonego byka.
- I na co ci to było Patrick? - pytam wciąż opanowanym tonem. Chłopak uśmiecha się lubieżnie na tamto wspomnienie.
- Przecież wiesz... Chciałem się zabawić - odpowiada, patrząc mi pewnie w oczy.
- Och no tak! Chciałeś się tylko zabawić - powtarzam lekceważącym tonem, a on chwilowo się odpręża. To jest ten moment. Nim zdąży jakkolwiek zareagować uderzam go z pięści w twarz, tak mocno, że Patrick ląduje ociężale na ścianie. Spogląda na mnie zamroczonym spojrzeniem, a na podłogę wypluwa sporą ilość krwi.
- No to się zabawmy - stwierdzam nieśpiesznie podciągając rękawy koszuli. Kątem oka uważnie obserwuję każdy jego ruch.
- Tylko na tyle cię stać? - warczy, równocześnie wycierając usta z resztki krwi. W odpowiedzi posyłam mu rozbawiony uśmiech.
- Mam tylko nadzieję, że nie pobrudzisz mi koszuli krwią... - stwierdzam z ironią.
Brunet mierzy mnie z nienawiścią w oczach. Po czym bez najmniejszego ostrzeżenia bierze zamach i uderza mnie w twarz. Odruchowo cofam się o krok. Ma chłopak parę, trzeba mu to przyznać. Jednak nim zdąży się wycofać, ja od razu atakuję. Markuję cios w twarz i gdy on obiema dłońmi stara się ją zakryć ja uderzam go z całej siły w brzuch. Wydaje głośny jęk i łapiąc się obiema rękami za poszkodowaną część ciała zgina się w pół.
- Czy pamiętasz jak ostrzegałem co się stanie jeżeli tkniesz Vicky? - pytam, spoglądając na niego z politowaniem.
- Pamiętam - szepcze z trudem się prostując. Robi obrót jakby chciał się skierować do wyjścia, po czym rzuca się w moją stronę. Bez większego problemu blokuję jego atak.
- Więc tak bardzo chciałeś się ze mną spotkać? Wiesz wystarczyło powiedzieć... - kontynuuję swój monolog jakby nigdy nic. Wymierzam mu dwa szybkie uderzenia w żebra i brzuch. Chłopak ponownie zgina się z bólu, jednak ja go prostuję, przygwożdżając go do ściany.  Lewą ręką kilkukrotnie uderzam go w twarz i żebra, a prawym przedramieniem przyciskam go za szyję do ściany.
Jego dłonie automatycznie zaciskają się na mojej ręce. Powoli coraz mocniej naciskam na jego szyję, a on z każdą sekundą zaczyna się coraz mocniej wierzgać. W końcu go puszczam. Upada na ziemię dotykając zaczerwienionego miejsca i głośno łapiąc hausty powietrza. Nie daję mu czasu by pozbierał się po tym zdarzeniu. Łapię go za koszulkę i ponownie podciągam do góry. Popycham go na ścianę i przez chwilę przyglądam się z politowaniem jego zakrwawionej i szybko puchnącej twarzy.
Podnoszę dłoń my zadać mu ostateczny cios, po którym się już nie pozbiera.
Jednak coś mnie dekoncentruje, właściwie jedno słowo wykrzyczane przez jej głos. Głos przez który tu właśnie jestem. To dla niej, a ona właśnie z przerażeniem krzyczy moje imię.
- Nialler!

*Vicky*

Nie podoba mi się to wszystko. Od wczoraj chodzi jakiś dziwnie poddenerwowany, a teraz jeszcze zatrzymuje się w parku i mówi, że ma coś do załatwienia. Gdy tylko znika mi z oczu pospiesznie wysiadam z auta i obserwuję dokąd zmierza. Szybkim krokiem przechodzi przez całą długość parku, aż do starego budynku. Wchodzi do środka i tyle go widziałam.
Po co tam poszedł? Nie ma lepszych miejsc na spotkania? Ja rozumiem, że paparazzi ich ciągle śledzą, ale chyba są jakieś granice przyzwoitości. Gdy mija pięć minut, a on ciągle nie wraca, zamykam samochód i zdecydowanym krokiem, tak samo jak on przed chwilą, wchodzę do środka.
Od razu tego żałuję. Chcę wyjść i udać, że tego nie widziałam, ale nie mogę. Nialler stoi po środku pomieszczenia i co jakiś czas wymierza ciosy zakrwawionemu Patrickowi. Żaden z nich nawet nie zorientował się, że weszłam.
- Niall? - szepczę z rozpaczą, ale w tym samym momencie Patrick zaczyna się krztusić własną krwią i mnie zagłusza. Blondyn podciąga go do góry i zaczyna przyduszać przedramieniem. W końcu go puszcza, a on bierze głębokie wdechy, jakby to miało mu uratować życie. Znam Nialla, czasem nawet lepiej niż on sam myśli i niestety wiem, że na tym się nie skończy. Ponownie ustawia Patricka w pionie i podnosi prawą dłoń.
- Nialler! - krzyczę z przerażeniem w tym samym momencie gdy on bierze zamach. Wstrzymuję oddech, a jego pięść uderza w ścianę tuż obok twarzy Patricka.
- Jeżeli jeszcze raz zdarzy ci się choćby spojrzeć na Victorię Black to przysięgam, że już nie będę taki miły, po prostu cię zabije, a jak już wiesz, ja obietnic dotrzymuję - stwierdza z pogardą, równocześnie zabierając swoją dłoń ze ściany, na której pojawiły się drobne pęknięcia.
Obraca się w moją stronę i spogląda na mnie niepewnym wzrokiem. Wymijam go i podchodzę do Patricka. Irlandczyk łapie nie za nadgarstek, ale mu się wyrywam.
- Słyszysz mnie? - pytam bruneta, który wciąż pluje krwią. Spogląda na mnie zamroczonym spojrzeniem, ale kiwa głową potwierdzająco. Wyciągam komórkę i wybieram numer pogotowia. W skrócie określam sytuację, że znalazłam prawdopodobnie pobitego chłopaka i jest w ciężkim stanie, na pytanie czy wiem kto go pobił odpowiadam negatywnie, przewiercając Nialla spojrzeniem. Obiecuję, że pozostanę z chłopakiem, aż do przybycia karetki, po czym się rozłączam.
- Musimy się zmywać, zaraz tu będzie karetka i pewnie policja - stwierdzam podchodzą do blondyna, jednak unikam jego spojrzenia.
- Dlaczego to zrobiłaś? - pyta, podciągając moją twarz w górę by móc spojrzeć mi w oczy. Odciągam jego dłoń i oglądam ją w świetle. Kostki są już bardzo mocno spuchnięte, a z dwóch miejsc płynie krew. Delikatnie muskam wargami jego poranioną rękę.
- Bo nie chcę, byś miał na sumieniu śmierć jakiego sukinsyna - szepczę, bojąc się, że gdy powiem coś głośniej wybuchnę płaczem.
Przez chwilę przygląda mi się, nie wykonując żadnego ruchu, ale w końcu przyciąga mnie do siebie i obejmując jedną ręką pospiesznie wyprowadza z tego budynku.
Daję mu się prowadzić, chcąc jak najszybciej wyrzucić z pamięci widok zmasakrowanej twarzy Patricka. Wysyłam mamie sms'a, że coś nam wypadło i niestety nie możemy przyjechać na obiad. Otwieram auto i bez słowa wpycham Nialla na miejsce pasażera. Próbuje się sprzeciwiać, ale zamykam mu usta pocałunkiem, wciąż nie ufając swojemu głosowi.
Jedyne czego teraz potrzebuję to odrobinę zimnego lodu, maści na stłuczenia i bandażu, ewentualnie przydałaby się chwila by móc uspokoić zszargane nerwy, drżące ciało i zdecydowanie zbyt szybko bijące serce.
Gdy wyjeżdżamy z parkingu mija nas karetka pogotowia na sygnale i radiowóz, gdzieś w pobliżu najwidoczniej musiał się zdarzyć jakiś wypadek.

______________________________________

Jak wrażenia?
Mam nadzieję, że jakoś się odnalazłyście w tej ciągłej zmianie narratora, ale wydaję mi się, że jakbym napisała inaczej ten rozdział to straciłby dużo na efekcie.
Chociaż nie bardzo jestem zadowolona z tego fragmentu pomiędzy Amy z Zaynem, ale chcę dodać dzisiaj ten rozdział, a na chwilę obecną brak mi już pomysłu, za to z sytuacji, która została zaaranżowana przez Nialla, jestem bardzo zadowolona. Może jest odrobinę zbyt dużo zmian i drastycznych sytuacji w tym rozdziale, ale potrzebowałam i planowałam od dłuższego czasu coś takiego napisać.
A odbiegając od tego rozdziału, to chciałabym wam podziękować za komentarze pod poprzednim postem, bo znacznie poprawiła się ilość komentarzy i już dawno nie było tak miłych opinii. Kocham was, wszystkie i w tym momencie każdej posyłam gorący uścisk :*

wtorek, 20 sierpnia 2013

61. Bohaterski ratunek brata

Przepraszam, że najpierw piszę rzeczy organizacyjne, ale to jedyny sposób by was zmusić do przeczytania tego.
--> Po pierwsze ten rozdział może być dosyć dużym zaskoczeniem (zwłaszcza końcówka), a osobom, które nie znoszą połączenia Jamesa z Amy nie czytają pierwszego akapitu z punktu widzenia Jamesa. 
--> Po drugie strasznie przepraszam, za moje opóźnienia, które wynikają z tego, że są wakacje i chcę je wykorzystać do ostatniego momentu, a poza tym gdy umawiam się na jakiś termin za nic nie potrafię go dotrzymać ;<
--> Po trzecie (i najważniejsze dla mnie) chcę poruszyć kwestię komentowania. Słuchajcie, czy to aż tak ciężko napisać choć coś w tym stylu: "fajny rozdział" lub nawet "totalne dno!". Kurczę potrzebuję waszych opinii! Jedno małe słowo, a radość przez cały dzień, więc proszę zostawcie po sobie pamiątkę w postaci kilku słów. Nie chcę wprowadzać limitów typu 30 komentarzy nowy rozdział, bo to nie na tym polega. Były takie momenty, gdy liczba komentarzy dochodziła do pięćdziesięciu, a teraz? Marne dwadzieścia parę, a w tym połowa to moje odpowiedzi. Dlaczego kiedyś potrafiliście tak dobrze komentować, a teraz już nie?
Okej to już tyle co chciałam wam przekazać, przemyślcie moje słowa, przeczytajcie rozdział i zostawcie komentarz :*

*Vicky*

W szkole, na szczęście bardzo szybko się zaaklimatyzowałam, głównie dzięki Olivii, która niczym mój anioł stróż, czuwała nade mną, bym nie popełniała, żadnych błędów i trafiała do odpowiednich sal lekcyjnych. Kilka osób, chyba mnie poznało z tych nieszczęsnych artykułów, ale byli na tyle taktowni, że powstrzymali się do ciekawskich spojrzeń i nie pytali czy naprawdę jestem dziewczyną wielkiego Nialla Horana, z pewnością doszli do wniosku, że jeżeli to prawda to któregoś pięknego dnia sami się o tym przekonają, gdy będzie czekał na mnie przed bramą szkoły. Jedynie Olivia, mój dobry duszek, odważyła się na to pytanie....

- Vicky...? - spytała, unikając mojego spojrzenia, co nie było konieczne, bo ja pospiesznie spisywałam zadanie z matmy.
- Mhmm...? - mruknęłam, niezbyt przytomnie.
- Słuchaj, może głupie pytanie, ale... no bo... ugh... czy ty jesteś dziewczyną Horana? - wydukała to tak niesfornie, że kompletnie nic nie zrozumiałam, może dlatego, że za bardzo byłam zajęta rozszyfrowywaniem czy ten kleks w zeszycie to piątka, czy szóstka.
- Co tu pisze? 
- Sześć. To jak jesteś, czy nie? - nalegała.
- Skończyłam! - poinformowałam ją z triumfalnym uśmiechem, że zdążyłam przed dzwonkiem. - Ale kim jestem? Przepraszam nie słuchałam... - dodałam na widok jej zawiedzionej miny.
- Tylko się nie śmiej! Pytałam czy jesteś dziewczyną tego chłopaka z One Direction, no wiesz tego blondyna, Niall Horan się nazywa...
- Jestem - odparłam wzruszając ramionami.
- Na prawdę?! Kurde wiedziałam! Moja przyjaciółka ma sławnego chłopaka! - zaczęła krzyczeć na cały korytarz, jednak szybko przycisnęła dłonie z przerażeniem do swoich malinowych warg. - Przepraszam, jeżeli nie powinnam... Może ty nie chcesz być moją przyjaciółką, przepraszam.
- Oliv, za co przepraszasz? Przecież jesteśmy przyjaciółkami.

Moje usta rozciągają się w szerokim uśmiechu, na wspomnienie tamtej przerwy. Pozostałe cztery dni tygodnia, zleciały mi całkiem szybko i już jutro zobaczę moją wielką gwiazdę, ale zanim to się stanie muszę jeszcze przetrwać jedną kolację. Z Patrickiem. U mnie w domu. Black, opanuj się sama się na to zgodziłaś, więc spoko. Zjecie coś, wypijecie może lampkę wina i chłopak zmyje się do domu i już nigdy więcej się z nim nie spotkasz. Tak, to bardzo dobry plan. Muszę tylko w miarę posprzątać ten syf.
Swoje wielkie sprzątanie rozpoczynam od jadalni, gdzie najprawdopodobniej spędzimy większość wieczoru. Zbieram swoje ubrania, które nie wiadomo jak tu się znalazły, może podczas jednego z wieczorów, gdy Irlandczyka napadał nagły przypływ namiętności, a może sama je tu porzuciłam, pospiesznie się przebierając, bo jak zwykle byłam już spóźniona.
- Och, tu jesteś! - wołam na widok mojego koronkowego stanika, który został tu porzucony z pewnością podczas jednej z tych namiętnych chwil. Dzielę ubrania na dwa stosy: te do prania i te do garderoby, a po chwili zanoszę je w odpowiednie miejsce. Następnie zmywam podłogi i ścieram kurze. Po tym jakże męczącym zadaniu, idę do kuchni i spisuję prowizoryczną listę zakupów na dzisiejszy wieczór, ubieram się w moje ulubione szare dresy i trochę za dużą koszulkę, włosy spinam w miarę luźnego koka i wyruszam do sklepu na uzupełnienie zapasów jedzenia.

*James*

Odkąd cały boysband wyjechał do Los Angeles, ja praktycznie mieszkam z Amy, co jest mi bardzo na rękę. Nie muszę się martwić co ten pieprzony Malik odwali pod moją nieobecność, a w końcu mieszka pokój obok mojej obecnej dziewczyny, a swojej byłej. Idiota, ja bym nigdy nie pozwolił odejść takiej kobiecie.
- Nad czym się tak zastanawiasz?
Amy. Moja Amy. Musiała dopiero co się obudzić, bo pierwsze co robi po zadanym mi pytaniu, to przeciąga się z lubością cicho przy tym mrucząc. Koszulka, którą ma na sobie delikatnie opina jej się na piersiach, a ona nic sobie z tego nie robi, wręcz przeciwnie, mierzwi swoje włosy i przygryza prowokacyjnie dolną wargę. Odrzuca od siebie kołdrę, ukazując swoje szczupłe nogi. Spała w samej koszulce, która w tym momencie jej się odrobinę podwinęła.
- No wiesz... myślałem, że moglibyśmy sobie zrobić dzisiaj takie małe wagary - wymyślam na poczekaniu i zanim zdąży się zorientować, że kłamię pospiesznie wpijam się w jej wargi.
Z początku wydaje się zaskoczona, moim zachowaniem, ale nie protestuje. Ulega moim pocałunkom, choć mam wrażenie, że robi to bardziej automatycznie.
- James...? - pyta tak niepewnym głosikiem, że chwilowo się od niej odsuwam. - Wcale nad tym nie myślałeś, prawda?
- A czy to teraz ważne? - odpowiadam pytaniem, mając nadzieję, że sobie odpuści. Nieśpiesznie sunę palcem po jej udzie, aż do miejsca gdzie zaczyna się koszulka. Słyszę jak gwałtownie wciąga oddech. Milczy przez kilka sekund, a zmarszczone czoło i zagryziona warga informują mnie o tym, że usilnie stara sobie coś poukładać w głowie.
- Cwaniak - mruczy w końcu z łobuzerskim uśmiechem. - Tylko nie myśl, że ci to odpuszczę, po prostu uznałam, że w sumie to nie jest aż tak pilne...
Uśmiecham się na takie wytłumaczenie, oczywiście, że mi nie odpuści, musiałbym jej nie znać, ale do tego czasu możemy zająć się bardziej kreatywnymi rzeczami.
Delikatnie acz stanowczo popycham ją na łóżko, a po chwili się na niej sadowię, tak by znalazła się idealnie pode mną. Wsuwam dłonie pod jej koszulkę i przeciągam dłonią przez całą długość jej pleców. Chciałbym, żeby w tym momencie do tego pokoju wszedł Malik, albo nie. Mógłby poczekać jeszcze chwilkę, aż zabawa rozkręci się na całego. Byłoby cudownie zobaczyć jego minę, tą zazdrość w jego oczach. To wyobrażenie, tak na mnie wpływa, że nie jestem w stanie opanować bezczelnego uśmiechu, który ciśnie się na moje usta.
- Znowu się śmiejesz - stwierdza Amy, odpychając mnie od siebie.
- To nic ważnego - bagatelizuję, ale w tym momencie już wiem, że to na nic, muszę jej powiedzieć, bo inaczej nie da mi spokoju.
- Jednak chcę poznać powód, z którego co chwilę się śmiejesz lub odpływasz z myślami do swojego świata - mówi, dość napastliwym tonem. Wzdycham ciężko podsumowując swój los, a tak dobrze się zaczynało.. Pieprzony Malik!
- Za pierwszym razem pomyślałem, że nie chcę cię tu zostawiać samej, gdy pokój obok wciąż czuwa Zayn. On tylko czeka na taki moment w którym mnie zabraknie, bo ten frajer dalej cię kocha, a ja nie jestem głupi, widzę jak na niego patrzysz i jak się uśmiechasz, gdy ktoś o nim mówi. Nie przerywaj mi - mówię, widząc jak już otwiera usta. - Nie okłamuj się, kochać kogoś nie przestaję się z dnia na dzień i ja o tym dobrze wiem, ale mogę się pocieszać prawda? A co do drugiego razu.. Cóż, nie jestem pewien czy chcesz o tym wiedzieć, ale szczerość to podstawa związku. Wyobraziłem sobie minę Malika, gdyby zobaczył co przed chwilą robiliśmy.
Na to stwierdzenie dostaję z całej siły z pięści w ramię. Ała, ma dziewczyna parę.
- Za co to?! - wołam, rozmasowując sobie obolałe miejsce.
- Za to, że jesteś bezczelny i okropny, a w dodatku nie wierzysz, że cię kocham! - warczy i ze złością odrzuca od siebie kołdrę. Podchodzi do szafy, po czy, zaczyna chaotycznie wyrzucać z niej wszystkie rzeczy. W końcu wybiera zadowalający ją zestaw i zmierza w kierunku łazienki.
- Zaczekaj! Gdzie ty się wybierasz? - pytam zdezorientowanym tonem, przecież tak ładnie się zaczęło...
- Do szkoły, bo jakbyś nie wiedział to mamy rok szkolny - stwierdza zirytowanym głosem i z całej siły trzaska drzwiami od łazienki, tak na wszelki wypadek, jakbym się nie zorientował, że ją wkurzyłem.
- I widzisz znów przez Malika się wkurwiasz! A mówiłem, że to wszystko jego wina... - krzyczę do drzwi, równocześnie modląc się by złapała przynętę. Bingo! Słyszę trzy kroki, szczęk zamka i na wprost mnie stoi Amy w samym ręczniku, najwidoczniej właśnie chciała się wykąpać.
- Posłuchaj mnie, bo nie będę się powtarzać. Nie masz prawa obrażać Zayna, a tym bardziej zachowywać się jak bezczelny, niewyżyty dupek! - woła, równocześnie podtrzymując sobie ręcznik, by jej nie spadł. Ma zaczerwienione policzki, ze złości a spojrzeniem pewnie gdyby mogła to by mnie zabiła.
- Czy wspominałem kiedyś, że jak się złościsz to wyglądasz uroczo?
I nie pozostawiając jej chwili do namysłu, przyciągam ją do siebie. W akcie obrony, uderza mnie pięściami w klatkę piersiową, ale przez to tylko zsuwa jej się ręcznik, więc rezygnuje z tego pomysłu i poprawia sobie swój prowizoryczny strój.
- Czasem cię nienawidzę, wiesz? - mruczy z rezygnacją, na co uśmiecham się szeroko.
- Tak wiem, kiedyś też tak powiedziałaś, chwilę po tym jak o mały włos nie zgwałciłaś mnie na podłodze w moim własnym domu!* - wołam z radością, ale Amy to nie rozśmiesza, wręcz przeciwnie, jej oczy jeszcze bardziej ciemnieją ze złości.
- Masz mnie natychmiast puścić, a potem nie chcę cię widzieć! Rozumiesz? Wynoś się z tego domu! - krzyczy ponownie zaczynając się szarpać.
Wykręcam młynka oczami i zamykam jej usta pocałunkiem. Chwilę jeszcze próbuję się wyrywać, ale w końcu staje nieruchomo. Odsuwam się od niej na kilka milimetrów.
- Widzisz? Od razu lepiej, mogłabyś się jeszcze troszkę zaangażować, przecież wiem, że potrafisz...
Następne co słyszę to tylko taki plask i ból w policzku. Dotykam obolałego miejsca. Delikatnie pulsuje i jest bardzo gorące. - O nie, tak się kurwa bawić nie będziemy! - warczę ze złością.
Amy blednie na to stwierdzenie, a w jej oczach dostrzegam strach, mimo ty popycham ją na ścianę i zanim zdąży wykonać jakikolwiek ruch wpijam się w jej wargi. To nie jest czuły pocałunek. Jest przepełniony agresją i niezdrowym pożądaniem, specjalnie staram się być jak najmniej delikatny. I proszę bardzo, wystarczy być przez chwilę zimnym draniem, a dziewczyna już mi wybaczyła. Odpowiada na moje pocałunki z równym zapałem co mój.
Wykorzystując sytuację, jedną ręką rozsuwam drzwi prysznica, nie przestając całować Amy. Przygryzam dolną wargę dziewczyny, na co z jej gardła wydobywa się cichy jęk. Odrywam się od jej ust i pospiesznie zaczynam zrzucać z siebie ubranie.
- Co ty robisz? - pyta, a jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Przykłada sobie dłoń do wargi by sprawdzić, czy przypadkiem jej nie rozciąłem.
- Jak to co? Biorę prysznic zanim wyjdę do szkoły - odpowiadam niewinnie wzruszając ramionami.
Amy wciąż obserwuje moje poczynania z nie do wierzeniem, gdy zdecydowanym ruchem łapię jej ręcznik i dosłownie zrywam go z jej ciała. Dziewczyna wydaje cichy pisk i stara się zasłonić rękami, jak tylko może. Ignorując te próby, kładę dłonie na jej talii. Rzuca mi wściekłe spojrzenie, ale nic nie mówi. Podnoszę ją i delikatnie przenoszę pod prysznic. Od razu odkręcam strumień z zimną wodą, przez co Amy zaczyna piszczeć. Powolnie przekręcam kurek w stronę czerwonej kropeczki, oznaczającej ciepło. Ponownie popycham ją na ścianę. Jej plecy przywierają do zimnych kafelek, na wskutek czego wyginają się w łuk, tak by jak najmniejszą powierzchnią dotykać zimna.
Kładę dłonie po obu stronach jej głowy i muskam jej wargi. Strumienie wody leniwie suną po naszych ciałach, a ja zjeżdżam z pocałunkami coraz niżej. Amy z coraz większa częstotliwością wydaje z siebie ciche jęki i westchnienia. Odbija się nogami od podłoża i oplata mnie nogami w pasie, zmuszając mnie do tego bym złapał ją kurczowo za pośladki, by nie upadła. Wykorzystując idealną sytuację wchodzę w nią, robię to trochę zbyt gwałtownie, ponieważ jej twarz chwilowo wykrzywia się z bólu, jednak szybko potrząsa głową na znak, że jest dobrze. Dociskam ją biodrami do ściany, a jej ciało przechodzą dreszcze. Odgarnia sobie mokre kosmyki z twarzy i spogląda na mnie zamglonym wzrokiem.
- Pieprz mnie, tak jak zawsze o tym marzyłeś. Chcę czuć twoją przyjemność wymieszaną z moim bólem - sapie, delikatnie odchylając głowę do tyłu.
- Jesteś pewna? - pytam, choć jej propozycja tak mnie pobudza, że nie jestem pewien, czy byłbym wstanie jej nie posłuchać.
- Spraw mi ból.
Zaciągam się głęboko powietrzem i przyspieszam. Wargami odnajduję jej usta i pomiędzy momentami gdy muszę gwałtowniej wciągnąć powietrze, brutalnie ją całuję. Robię jej kilka malinek na szyi, ale ona przed niczym nie protestuje, wręcz przeciwnie ustawia się w coraz to nowych pozycjach. Przystaję na chwilę w jej ciele, a ona rzuca mi pełne rozczarowania spojrzenie. Wybucham krótkim śmiechem i zaczynam całą zabawę od nowa. Ostre, gwałtowne ruchy biodrami, woda zalewająca nasze ciała, czuję, że tam gdzie przejechała paznokciami po moich plecach, zostają długie krwiste pręgi. Chwytam dłonią jej mokre włosy i odciągam jej głowę do tyłu. Całuję jej obojczyki i dekolt. Wychodzę z niej nienasycony. Wyciągam ją pospiesznie spod prysznica i układam na podłodze w łazience, po czym ponownie w nią wchodzę, by w końcu zacząć co zaczęliśmy już po samym przebudzeniu.
- Mocniej - jęczy, choć widzę, że jest już na skraju wytrzymałości, mimo to udaje jej się przewrócić mnie na plecy. Teraz wygląda to tak jakby ona mnie dosiadała. Wchodzę w nią na całą głębokość, tak głęboko, że nawet mnie sprawia to ból. Amy posyła mi pełen spełnienia uśmiech. O to jej chodziło.
- Już.. nie.. mogę.. - jęczy, ale przyspiesza ruch biodrami.
- Dasz radę - sapie ponownie ją obracając, tak bym znów znalazł się na górze. Chwytam ją za nadgarstki jedną dłonią i przytrzymują je nad jej głową. Jej ciało pręży się pode mną w całej swej okazałości. Drugą dłonią bawię się jej piersiami. Po chwili pochylam się i zaczynam je pieścić ustami. Amy wydaje z siebie przeciągły jęk, a ja wykonuję ostatnie pchnięcia.
- Kurwa James! - krzyczy, a jej plecy wyginają się w tak potężny łuk, że pewnie gdybym nie był otumaniony pożądaniem, to właśnie zastanawiałbym się, czy nie zrobiła sobie krzywdy.
Wychodzę z niej i opadam na podłogę z głośnym westchnieniem. Przez chwilę w pomieszczeniu panuje cisza, w której próbujemy unormować oddechy. W końcu Amy podnosi się na łokciu z szerokim uśmiechem, ale nic nie mówi. Odgarniam kilka kosmyków z jej twarzy i przyciągam ją do siebie.
- Nigdy nie było mi tak dobrze - szepcze, tak cichutko, że nie jestem pewien czy sam sobie tego nie wymyślam.
- Wiedziałem, że Malik to cienias - mruczę, za co dostaję z pięści w klatkę piersiową.
- Znowu zaczynasz? - pyta posyłając mi gniewne spojrzenie.
- Jeżeli tak to ma się skończyć jak przed chwilą, to zaczynam - odpowiadam z szerokim uśmiechem, na co tylko wywraca oczami.
- Myślę, że skoro już opuściliśmy pierwsze lekcje, to nie ma po co zjawiać się w szkole na pozostałe... - stwierdza Amy ponownie wpijając się w moje wargi.

* tym zdaniem nawiązuję do rozdziału pt: "okazywanie nienawiści"

*Vicky*

Już czas. Za kilka minut powinien tu być. Chyba jeszcze nigdy tak się niczym nie stresowałam, jak tą kolacją. Black spokojnie! Wdech, wydech wszystko będzie dobrze. Obejrzy sobie dom, zje co nieco, wypije szklankę wody, bo alkoholu nie będzie mógł, ponieważ z pewnością przyjedzie samochodem. Nie ma czym się przejmować.
Ding dong!
Ostatni raz mierzę spojrzeniem dom, poprawiam sukienkę i szybkim ruchem otwieram drzwi. Stoi jak zwykle nonszalancko oparty o framugę drzwi z lekkim uśmiechem na ustach. Ubrany w czarne spodnie i biały, dość przyległy podkoszulek. Na to zarzucił czarną skórzaną kurtkę.
- Cześć piękna - mówi, po czym całuje mój policzek na powitanie i bezceremonialnie wchodzi mi do domu. - Podobno nie powinno się przychodzić z pustymi rękoma - dodaje, podając mi butelkę wina.
- Nie musiałeś! - stwierdzam, odbierając od chłopaka podarunek. - To jak? Może obejrzysz sobie dom, a ja w tym czasie skończę naszą kolację...
Kiwa głową na zgodę, więc ja kieruję się do kuchni, a Patrick wspina się po schodach na piętro. Co jakiś czas słyszę okrzyki typu "macie przepiękną sypialnie!" lub "na tym zdjęciu wyglądasz strasznie słodko!". Ja w tym czasie rozkładam lasagne na talerze i zanoszę do jadalni.
- Będziesz pił wino czy wodę?! - krzyczę, by mógł mnie usłyszeć na piętrze.
- Myślę, że kieliszek wina nikomu nie zaszkodzi - szepcze mi wprost do ucha, a ja wydaję z siebie cichy pisk.
- Ojej, ale mnie wystraszyłeś! - tłumaczę swoje zachowanie, delikatnie się rumieniąc. Patrick w odpowiedzi tylko wybucha wesołym śmiechem.
- Może to i dobrze. Większość dziewczyn się mnie boi, niestety robi to już zbyt późno... - stwierdza tajemniczym tonem brunet. Po czym beztrosko ładuje sobie do buzi ogromną porcję lasagne.
Jedzenie mija nam w ciszy, ale jest to przyjemna cisza. Patrick co jakiś czas posyła mi uśmiechy.
- Bardzo dobrze gotujesz, serio. Myślałem, że moja mama jest mistrzynią w robieniu lasagne, ale właśnie udowodniłaś mi, że się myliłem! - stwierdza brunet z wesołym błyskiem w oczach.
- Daj spokój, zawstydzasz mnie - odpowiadam ze śmiechem. Podnoszę się od stołu i niespiesznie zbieram brudne naczynia do kuchni.
- Poczekaj pomogę ci!
Wyjmuje część talerzy z moich dłoni i ustawia je na blacie obok zlewu.
- Dzięki, że pozwoliłaś mi zobaczyć jak mieszka wielka gwiazda One Direction - mówi, uważnie mi się przyglądając.
- Patrick, daj spokój. To ja powinnam ci dziękować. Załatwiłeś mi szkołę, zaprosiłeś na imprezę, pokazałeś mi co i jak z fotografią. Naprawdę nie wiem jak mam dziękować, żebyś poczuł się odpowiednio wynagrodzony... - mruczę, nieporadnie pocierając dłonią kark, jak zawsze gdy nie wiem co powiedzieć.
- Och, ja znam taki jeden sposób... - stwierdza, zbliżając się do mnie na niebezpiecznie bliską odległość.
Nachyla się nade mną, ale w ostatnim momencie wykręcam twarz, w taki sposób, że jego usta trafiają na mój policzek.
- Myślę, że powinieneś już pójść - mówię, pospiesznie odpychając go od siebie.
- Daj spokój, nikt się nie dowie... Chyba, że sama się wygadasz. A może obawiasz się, że sprawię ci tak dużą przyjemność, że nie zapanujesz nad swoimi krzykami i sąsiedzi się czegoś domyślą? Nie martw, zamknę ci usta pocałunkiem.
Spoglądam na niego z nie do wierzeniem. Gdzie podział się ten grzeczny i kulturalny chłopiec? Czuję jak w moim ciele wzrasta poziom adrenaliny i powoli zaczynam wycofywać się w stronę wyjścia.
- Patrick, przesadzasz. Chcę żebyś już sobie poszedł, natychmiast - mruczę ze złością, zatrzymując się na wprost drzwi wejściowych.
- A ja chcę abyś należycie wynagrodziła mi ten drobny fakt, iż gdyby nie moja skromna osoba to wciąż szukałabyś sobie szkoły, bo nikt nie przyjąłby cię w środku roku szkolnego - mruczy z lubością oblizując wargi i robiąc kilka kroków w moją stronę. Odruchowo cofam się do momentu, gdy uderzam plecami o ścianę. Brunet łapie mnie za nadgarstki i przyciąga do siebie. Staram mu się wyrwać, ale tylko mocniej zacieśnia uścisk.
- Bądź grzeczna, to nawet nie będzie bolało.
Mierzy mnie spojrzeniem, dłużej zatrzymując się na moich odsłoniętych nogach. Przygryza dolną wargę, a jego oczy przepełnia niezdrowy blask. Jego pewny siebie głos, sprawia, że na moim ciele pojawia się gęsia skórka.
- Daj mi spokój! - krzyczę, wciąż starając się wyrwać.
- Niby dlaczego miałbym to robić? Taka piękna dziewczyna sama zaprosiła mnie do domu, aż grzech byłoby tego nie wykorzystać.. - mruczy. Jedną dłoń przekłada mi na talię, tym samym wypuszczając mój nadgarstek. Wykorzystuję sytuację i z całej siły go policzkuję. Patrzy na mnie z pogardą i z całej siły mnie popycha. Odbijam się od ściany, a następnie zsuwam się po niej na podłogę.
Przez chwilę mi się przygląda, niespiesznie odpinając pasek od spodni. Niezdarnie podnoszę się z podłogi. Zanim udaje mi się do końca wyprostować, chłopak łapie mnie za szyję i przyciska mocno do ściany. Jedną ręką ponownie obezwładnia mi nadgarstki, przytrzymując je nad moją głową, a drugą kładzie na moim udzie, przy okazji rzucając przeciągłe spojrzenie na moje nogi.
- Na czym skończyliśmy? Och, no tak... Właśnie zamierzałaś złożyć mi najwspanialsze podziękowania na jakie tylko cię stać... - mruczy z twarzą tak blisko mojej, że przy każdym słowie jego wargi delikatnie ocierają się o moje. - Możesz krzyczeć, to żaden wstyd, a mnie sprawisz tylko większą przyjemność. Zresztą... i tak nikt inny cię nie usłyszy.
Dłonią powoli wędruje pod moją sukienką, w stronę bioder. Zahacza palcem o koronkowy materiał, delikatnie zsuwając go w dół.
Po raz ostatni wykonuję gwałtowne szarpnięcia, chociaż już wiem, że to na nic się nie zda.
- Aż tak nie możesz się doczekać? - pyta lubieżnie oblizując wargi i rozpinając zamek swoich spodni.
- Prędzej umrę!
- Och z trupem jeszcze tego nie robiłem... Ciekawe jakie to doznanie? Ale cóż, myślę, że trup nie byłby w te klocki najlepszy... - stwierdza z rozbawieniem. Czuję jak powoli robi mi się niedobrze. Błagam niech to będzie koszmar, zaraz się obudzę. Proszę...
- To jak najpierw ty zrobisz dobrze mnie, czy ja tobie? Bo mi to w sumie jest obojętne... Och no dobra, to może ja zacznę tak na zachętę...
Łapie mnie za nadgarstki i z całej siły popycha, tak bym znów przewróciła się na podłogę. Następnie siada na mnie okrakiem i chwyta skrawek mojej sukienki. Po chwili słyszę tylko dźwięk targanego materiału i jedyne co na sobie mam to strzępy sukienki i stanik, jako jedyny w nienagannym stanie.
- No bądź, grzeczna to naprawdę nie będzie bolało... No już, rozszerz nóżki - stwierdza głębokim tonem, powoli sunąc dłońmi po wewnętrznej stronie moich ud. Czuję jak gorące łzy zaczynają płynąc po moich policzkach. Chłopak zbiera je wszystkie pocałunkami.
- No już nie ma o co płakać - szepcze uspakajającym tonem.
Całuje moje obojczyki i dekolt, gdy słyszę zbawienny dźwięk. Ktoś przeskakując po kilka stopni na raz wbiega na ganek, a po chwili otwiera drzwi wejściowe.
- Vicky?! - woła w przestrzeń mój brat, mój najukochańszy James. I wtedy dostrzega całą sytuację. Ja leżę na podłodze w podartej sukience i cała zapłakana, a jakiś chłopak na wpół już rozebrany, się do mnie dobiera. Uśmiech zamiera mu na twarzy i przez kilka sekund patrzy na to wszystko osłupiały. Patrick w tym czasie podnosi się z podłogi.
- Słuchaj, może poczekasz na swoją kolej za drzwiami, by mu tu teraz trochę zajęci jesteśmy... - stwierdza z irytacją w głosie. Te słowa działają na Jamesa jak kubeł zimnej wody. Uderza Patricka z całej siły pięścią w twarz, tak mocno, że teraz to on przewraca się na ścianę.
- Uciekaj stąd - woła w moją stronę, a sam ponownie wymierza cios brunetowi. Podnoszę się z podłogi i najszybciej jak potrafię biegnę w stronę łazienki.
- Nigdy więcej nie warz się, tknąć mojej siostry, nigdy! - słyszę krzyk Jamesa, a po chwili trzaśnięcie drzwiami.
Odkręcam kurek z ciepłą wodą i biorę długi prysznic. Łzy cały czas płyną mi z oczu. Z dużym opóźnieniem czuję, że skończył się zapas ciepłej wody, więc praktycznie automatycznie wycieram ciało ręcznikiem i wciągam na siebie dres. Na podłodze przed łazienką siedzi James i czeka na mnie z kubkiem herbaty. Na mój widok od razu podnosi się z ziemi i mocno mnie przytula.
- Boże James... gdybyś tu nie przyszedł...
- Spokojnie kochanie, jestem tu i nie pozwolę by ktoś cię skrzywdził - szepcze uspokajającym tonem, a ja znów wybucham płaczem. Po chwili gwałtownie go od siebie odpycham.
- Przysięgnij, że nie powiesz Niallowi. Przysięgnij! - krzyczę, z całych sił.
- Dlaczego nie chcesz mu powiedzieć, powinien poznać prawdę... - odpowiada, przyglądając mi się z troską.
- Bo on wtedy mnie zostawi. Ty nie rozumiesz, ja złamałam dane mu słowo, on wziąłby mnie teraz za jakąś puszczalską dziwkę, błagam nie mów - szepczę błagalnym tonem.
- Już spokojnie, nie powiem mu. A teraz wypij do końca tą herbatę, dobrze ci zrobi - stwierdza podając mi kubek, po czym bierze mnie na ręce i wynosi po schodach na górę.
- James..? Dlaczego tu dzisiaj przyszedłeś? - pytam kilka minut później, po tym jak mój brat starannie zapakował mnie do łóżka i czuję ogarniające mnie zmęczenie.
- Chciałem cię prosić, abyś przypilnowała mi Amy gdy ja wyjadę na wymianę, ale to już nie ważne - szepcze, po czym składa delikatny pocałunek na moim czole. - Śpij dobrze siostrzyczko.

*James*

Przysłuchuję się miarowemu oddechu mojej siostry. Boję się pomyśleć, co by się stało gdybym tu nie przyszedł. Posyłam Amy sms'a, że nie wrócę dzisiaj na noc, ale rano jej wszystko wytłumaczę, a następnie wybieram numer odpowiedni numer.
- Halo?
- Cześć Niall. Słuchaj muszę ci coś bardzo ważnego powiedzieć...
- Coś się stało? Wszystko okej z Vicky? - pyta, a w jego głosie wyczuwam napięcie.
- Nie jest okej. Przed chwilą złożyłem, przysięgę, że ci o tym nie powiem, ale uważam, że jako jej chłopak musisz wiedzieć. Tylko najpierw obiecaj, że nie powiesz jej, że wiesz i że mimo wszystko jej nie zostawisz - wymuszam na nim obietnicę, ale nic innego nie mogę zrobić.
- Boże James przysięgam, przecież wiesz, że za nic bym jej nie zostawił. No mów co się stało! - woła powoli robiąc się coraz bardziej wkurzonym.
- Victoria o mały włos nie została zgwałcona.